piątek, 30 grudnia 2016

Turbonegro z Pasażera

TURBONEGRO

W # 15 „Pasażera” rozpoczęliśmy story o Turbonegro. Pojawiły się jednak tylko dwa odcinki, a potem, z różnych przyczyn, sprawa rozeszła się po kościach i nie wróciliśmy już do tego tematu na łamach, choć tekst był gotowy. Materiał jest sprzed prawie 5 lat i dziś już wiadomo, że Turbomurzyni wrócili, niemniej ponieważ historia jest kapitalnie opowiedziana, prezentujemy ją dziś w całości w Internecie.

             Za mało wojny! Za mało głodu! Za mało cierpienia! - ryczy w amoku spocony grubas. - Za mało selekcji naturalnej! Moje pokolenie jest do dupy! - krzyczy. I potrząsa zawieszonym na szyi niemieckim Żelaznym Krzyżem. Zaraz ściągnie spodnie, wypnie się i wsadzi sobie do tyłka płonącą racę... I kilkadziesiąt razy powtórzy: - Mam erekcję!!! Mam erekcję!!! Mam erekcję!!!
            Nie...! Oczy nas nie mylą... Oto Hank Von Helvete - Hank z Piekła Rodem. Wokalista legendarnej norweskiej grupy punk rockowej Turbonegro. Właśnie trwa ich koncert. Przed nami Mega-Pedały z Oslo!
            Płonąca raca to "Ass Rocket", czyli "rakieta z dupy". Popisowy numer Hanka. Facet ma na sobie dżinsowe spodnie i takąż katanę - na gołym, owłosionym torsie. Jest obleśny. Wały tłuszczu wylewają mu się zza pasa. Na głowie czarne, kręcone kudły. I ciemny zarost. Do tego spojrzenie porno-maniaka i mord wypisany na twarzy.
            Powiedzieć: "zboczeniec" to powiedzieć za mało.
            Wraz z Hankiem dotarliśmy do samego Jądra Ciemności. Znajdujemy się u Kresu Nocy.

Odnalazł się wśród wielorybów

            Listopad 1998. Mediolan. - Byłem tu pierwszy raz - wspomina Happy-Tom, czyli Thomas Seltzer, założyciel i lider Turbonegro (grywał raz na basie, raz na bębnach). - Pierwszy raz w Mediolanie, pierwszy raz we Włoszech. Chciałem iść na zakupy. Kupić jakieś pieprzone, fikuśne ciuchy. Bo ja lubię wydawać pieniądze. Chciałem też odświeżyć fryzurę. Wyglądała już chujowo... W końcu jednak miasto obejrzałem sobie zza szyby pieprzonej karetki pogotowia!
            Tak kończyła się historia Turbonegro. - Zespół rozpadł się na ostrym dyżurze kliniki psychiatrycznej w Mediolanie - dodaje Happy-Tom. Ratowanym pacjentem był nie kto inny, jak Hank Von Helvete.
            Oficjalny komunikat o zakończeniu działalności Happy-Tom rozesłał dziennikarzom na początku grudnia. Tekst zamykały słowa: "Underground nas nienawidził. Dzieciaki nas kochały. Zarobiliśmy kupę forsy". 18 grudnia Turbole zagrali jeszcze pożegnalny koncert. W Oslo, w klubie Mars. (Jego fragmenty znalazły się na płycie "Darkness Forever!" oraz na video "The Movie"). I to był już naprawdę koniec.
            Minęło kilka miesięcy. Reporter Moshable zaczepił Happy-Toma o losy Hanka. - Siedzi w domu, ogląda filmy na video i ładuje heroinę - odpowiedział wódz Turbomurzynów. - Mówi, że chce się zapisać do szkoły mechaników samolotowych. Dziękuję bardzo. Pojadę pieprzonym autobusem.
            Kolejnych kilkanaście miesięcy idzie w piach. Jest 7 sierpnia 2000. Oficjalna strona internetowa zespołu. A na niej informacja o losach wszystkich Turboli. Co z Hankiem? - Podobno "żyje, ale nie całkiem funkcjonuje" - dowiadujemy się z monitora. - Odizolował się od świata gdzieś w północnej Norwegii, by wydobyć się z uzależnienia od ***? -
            Tak, właśnie. "***?" - oto kryptonim używek, które przerosły Hanka z Piekła Rodem.
            17 września 2000. Sensacyjna wiadomość! "Hank Von Helvete jest menadżerem i jedynym pracownikiem maleńkiego muzeum wielorybnictwa na Lofotach [wyspy u  pn.-zach. brzegów Norwegii, czyli koniec świata - Ł.]" - grzmią w internecie. - "Oprowadza turystów i od czasu do czasu bywa rozpoznawany jako Książę Ciemności we własnej osobie"!
            Kim jest Hank Von Helvete? Owo turbonegroidalne wcielenie nadczłowieka...? - Gdy miał jakieś 13, 14 lat, włóczył się w okolicach dworca - opowiada o nim Happy-Tom. - Któregoś dnia pojawił się w pobliżu facet w ciemnych okularach i zagwizdał na niego. Przewyciężenie tego epizodu zajęło mu całe trzy lata...
            Te słowa pojawiają się w kontekście piosenki "Pain In Der Arsch, Pocket Full Of Cash" - "Ból w tyłku, W kieszeni pełno kasy". Czy są jakieś pytania?

Geniusz spłynął parabolicznie

            Właśnie znaleźliśmy się w Norwegii. Dużym kraju z niewielką populacją. Na terytorium równym Polsce mieszka aż 9 razy mniej ludzi, niż u nas.
            Oslo. Stolica państwa. Również olbrzymia i słabo zaludniona. Miasto większe, niż Warszawa (która jest przecież rozległa). A zaludnione słabiej, niż Wrocław. Żyje tu zaledwie 400 tysięcy osób... Ich rozproszone osiedla toną ponoć we wszechobecnej zieleni.
            Ale Norwegia jest przede wszystkim skalista. I bardzo długa. Niemal zewsząd widać morze. A nad głowami zwaliste, strome góry. Morze wcina się w nie gwałtownie długimi, krętymi fiordami. To właśnie z owych fiordów wyruszali na podbój świata Wikingowie. Norwegowie mają chyba w sobie coś z tych morskich zbójów.
Oto najsłynniejszy zdobywca biegunów - Roald Amundsen - Norweg...
Uparty żeglarz, usiłujący empirycznie dowieść, że starożytni pokonywali w swoich prostych łodziach oceany, legendarny kapitan Kon-Tiki - Thor Heyerdahl - Norweg...
Autor najsłynniejszej współczesnej powieści poświęconej konsekwentnemu i mozolnemu ujarzmianiu norweskiej ziemi przez prostego chłopa - Knut Hamsun - też Norweg...
            I wreszcie twórca arcydzieła prekursorskiego wobec punk rocka - słynnego "Krzyku". Ojciec ekspresjonizmu: Edward Munch... Norweg!
            Stąd wywodzi się ród Turbomurzyna.
            Pytają któregoś dnia Happy-Toma jak to się stało, że w tak małym zespole spotkało się tak dużo eksplozywnych osobowości. - Norwegia jest mała pod względem zaludnienia - odpowiada wódz Turboli - ale kolektywny geniusz Edwarda Muncha, Gustawa Vigelanda, Henryka Ibsena i Knuta Hamsuna parabolicznie spłynął na niewielką, odzianą w dżins grupę młodych mężczyzn.
            Hmmm, no tak...

Świąteczni gwałciciele

Turbonegro to totalne przegięcie pały. Powrót do samej esencji punkowej ekspresji. Szczery, prawdziwy rzyg na twarz. Produkt, który ma nas ukarać.
            Łatwiej o nich pisać, niż robić z nimi wywiady. "Byli na wpół pijani, na wpół naćpani i - powiedzmy - na wpół szaleni" - zaznacza na wstępie swojego wywiadu z 1993 r. pismak z Moshable. "Lekko pijani, opaleni i z nadwagą" - zauważa z kolei gość z Flipside'a parę lat później. I dodaje, że ich sposób bycia "z pewnością zmusi niejednego do uniesienia brwi" w zdumieniu. Pyta też sam siebie: "Dlaczego właściwie zgodziłem się rozmawiać z tymi norweskimi pedałami?"
            Pewnego razu Happy-Tom i Hank wystąpili przed kamerami którejś z niemieckich stacji muzycznych. Z poradą "jak skutecznie zgwałcić kobietę w najbliższe święta". Oto co proponuje Happy-Tom [cytuję z pamięci, bo nie mam jak sobie tego odtworzyć - Ł.]: - Ostatnio feministki lansują sposób na samoobronę przed gwałcicielem. Radzą, by atakować palcami jego oczy. Ale my mamy na to sposób. Zobaczcie...
            I w tym momencie Happy-Tom rzuca się na Hanka... Ten usiłuje mu wydłubać oczy - palcami prawej ręki. Ale Happy-Tom przykłada sobie dłoń do nosa i czoła - prostopadle, na sztorc, w takim geście, który dzieciaki zwą "z karata"... I palce Hanka nadziewają się na dłoń Happy-Toma. Ten zaś może spokojnie gwałcić swoją ofiarę...
- Pamiętajcie, róbcie to właśnie tak - przypomina Happy-Tom z dłonią przytkniętą do twarzy. - Macie wtedy wolną drugą rękę. Możecie swobodnie rozpiąć sobie spodnie. I zrobić swoje...!
            Cenzura zadziałała jak młot. Niemcom oszczędzono tego występu Turbozboczeńców.

Byłem częścią sceny...

            Na czym opierał się sukces tego dziwacznego zespołu?
Happy-Tom wygłasza w odpowiedzi charakterystyczną dla siebie złotą myśl: - 1 proc. to ciężka praca, 99 proc. to hormony.
            Zarzucano im wszystko: faszyzm, seksizm, homofobię... Byli dziwakami wśród dziwaków. I używali życia. Bez opamiętania.
            Na zdjęciach z tras koncertowych widać wiele - stada panienek (w każdym mieście inne), narkotyki, alkohol... Bez ograniczeń. Jadą autobusem, wcinają hamburgery z McDonalda, zapijają coca-colą... Dzielą się narkotykami... Przytulone do nich doraźne laseczki domagają się kokainy...
            A po koncercie na stół wędruje kasa... Szeleszczące papierki... Które wywołują szerokie uśmiechy... I w gardłach znika kolejna wódka...
            Po prostu Sex & Drugs & Rock'n'Roll.
            "Byłem częścią sceny / Kupowałem wszystkie płyty i ziny" - śpiewa Hank Von Helvete w genialnym "Denim Demon". - "Ale dzieciaki mną gardziły / Śmiały się, krzyczały na mnie: KLAUN / Mówiły, że nie chcą mnie widzieć / Przez nie czułem się taki samotny // Ale oto wracam z hukiem / Mam swój własny skórzany gang / A w nim sami faceci / Dżins znowu rządzi // Oto jestem / Ja, Dżinsowy Demon / ... / Mój członek bucha parą / A wasze tyłki krzyczą: POMOCY!"
            Turbonegro. Pięciu wąsatych pedałów. Cali w dżinsie. Od stóp do głów. Na koncercie, między kawałkami, każą publiczności skandować: "Fi-te! Fi-te!". Co ponoć po norwesku znaczy: "Ci-pa! Ci-pa!".
            Ich symbolem stała się policyjna czapka. I towarzysząca jej nazwa: Turbojugend. Pod tym hasłem grupują się do dziś ich fani... Turbojugend, czyli dwa w jednym: typowo pedalski rekwizyt i odwołanie do nazizmu...
            "Dawaj, kochanie, daj mi klapsa w tyłek / To tylko mięcho / Tylko mięcho! / Przeleć mnie tłuczonym szkłem / To tylko mięcho / Tylko mięcho! / Kochanie, niech to boli / Kochanie, niech to trwa / To tylko mięcho / I nic poza tym!".

Trzynastolatki podbijają świat

Wszystko zaczęło się od legendarnej składanki "World Class Punk".
            Był orwellowski rok 1984. Punk rock święcił triumfy. I to na całym świecie. Ale już z rzadka - nie tak, jak w tłustych latach 70-tych - trafiał na pierwsze strony gazet. Teraz była to typowa "rzecz kultowa". Małe getto dla garstki zapaleńców.
            Być może kapele grały wszędzie tak samo, a załoganci ubierali się identycznie... Czy to w Azji, czy w Europie Wschodniej, czy w USA - nieważne. Najważniejsze, że buzowała energia. Nie bójmy się banału: Punk eksplodował.
Dokumentem tej właśnie eksplozji jest "World Class Punk". Kompilacja parudziesięciu nagrań z całego świata. Ze szczególnym uwzględnieniem krajów - powiedzmy - drugo-, a nawet trzecioligowych. Autor składanki - Mykel Board - to postać w punk rocku kluczowa, legendarna. Podobnie jak wytwórnia, która tę płytę wydała - nowojorski ROIR.
            Polskę reprezentował Dezerter ze swoim "Spytaj milicjanta".
            Natomiast flagą norweską dumnie powiewali młodzi chłopcy z Akutt Innleggelse. Atakowali piosenką pt. "Klasse".
            Akutt Innleggelse... Zespół powstał na początku lat 80-tych. Jego założyciele - Thomas Seltzer i Bengt Calmeyer - mieli po mniej więcej 13 lat. Naparzali w gitary i śpiewali. Sekcję tworzyło ich dwóch nieco starszych kumpli.
            Thomas Seltzer to nie kto inny, jak późniejszy Happy-Tom. Znany już nam ojciec chrzestny Turbonegro. Zamyślony marynarzyk. (Dla ułatwienia nazywajmy go odtąd właśnie Happy-Tomem - choć tę ksywę wymyśli sobie dopiero w połowie lat 90-tych).
            W 1983 r. Happy-Tom założył własną wytwórnię. Specjalnie na potrzeby zespołu. Nazwał ją Straitjacket. I jeszcze w tym samym roku wypuścił pierwszego singla Akutt Innleggelse - "Echoes from the Asylum". Z trzema kawałkami. Zarejestrowanymi "przy pomocy" brata Bengta - Christiana A. Calmeyera. (Pod szyldem Straitjacket będą się później ukazywały debiutanckie single różnych kapel punkowych z Oslo).
            Wkrótce chłopcy nagrali kolejnych parę piosenek. "Klasse" powędrowało na "World Class Punk". "Tenk Na!" wylądowało na kompilacji "Cleanse the Bacteria", wydanej przez Briana "Pusheda" Schroedera w 1985 r. I to by było na tyle... Dwa utwory z jedynego singla można jeszcze odnaleźć na współczesnym składaku "Bloodstains Across Norway".
            W końcu załoga Akutt Innleggelse złożyła broń. - Zeskoczyliśmy z wozu z hardcore'owymi orkiestrami, gdy wszyscy wokół zaczęli nosić tzw. dreadlocki i protestować przeciwko importowaniu sztucznych penisów - tłumaczył kilka lat później Happy-Tom.

Turbomurzyn o trzech ojcach

Mija parę wiosen. I oto widzimy Happy-Toma w składzie De Dype. Była to "hałaśliwa i wywrotowa kapela, która grała pod pewnym wpływem Butthole Surfers i prezentowała irytującą postawę, mającą na celu wkurzanie ludzi".
            Wierzmy lub nie. Turbonegro mieli być bezpośrednimi kontynuatorami De Dype w tym względzie.
            W De Dype gra też Vegard Heskestad. Niedługo znów go spotkamy.
            Tymczasem plastikowe lata 80-te kończą się. W norweskim punk rocku wyraźnie narasta atmosfera totalnego przegięcia. W Oslo powstaje zespół Anal Babes - "Analne Kociaki". Z Thomasem Seltzerem (Happy-Tomem) jako drugim gitarzystą. "Thomas Seltzer" - jakie to niepunkowe... Jakież patetyczne... Po krótkim namyśle Thomas przepoczwarza się więc w postać o pseudonimie Porn Violence - "Porno-przemoc". To chyba jego pierwszy publiczny pseudonim.
            Mniej więcej w tym samym czasie - "w okolicach Bożego Narodzenia 1988 roku", gdzieś w odmętach Oslo - rodzi się TO COŚ. Wyuzdany, napalony, ludożerczy Turboneger. Dla osób anglojęzycznych: Turbonegro. (Wariantów nazwy będzie zresztą kilka).
            Jesteśmy w domu!
            Dziecię ma trzech ojców. Pierwszym jest nasz główny bohater, Happy-Tom, równolegle grający w Anal Babes - jako Porn Violence, oczywiście... Drugim jest Pål Bøttger Kjæernes (który pod koniec lat 80-tych miał zespół o nieco przydługiej, acz malowniczej nazwie - przetłumaczmy - "Sikami i gównem można się nieźle zabawić"). Trzecim zaś Rune Grønn. Happy-Tom chwyta za bas. Dwaj pozostali biorą do ręki gitary.
            Skład uzupełniają: Vegard Heskestad (ten z De Dype) jako jeszcze jeden gitarzysta; Pål Erik Carlin jako śpiewak; oraz gość o malowniczej ksywce TK (w cywilu Carlos Churasco), czyli turbo-bębniarz.
            Trzech gitarzystów w składzie... Wszystko jasne?

Jesteśmy wrażliwymi artystami...

            Niekwestionowanym wodzem tej trupy jest jednak Happy-Tom. Zatrzymajmy się na chwilę przy tej postaci...
Brunet, ciemne oczy. Główny ideolog, niemal rzecznik prasowy zespołu. Wyniosły, spokojny, na zdjęciach zapatrzony gdzieś w dal... Na zadawane pytania odpowiadający powoli i - hmmm... - "rzeczowo". Mistrz absurdu. Książę gier słownych. Niesłychanie bystry i inteligentny. I chyba również nieźle oczytany. Słowem - wystudiowany kabotyn.
            Oto garść cytatów...
            O stosunkach wewnątrz zespołu: - Nie można mieć Dobrej Walki bez odrobiny Dobrego Kochania. Taka właśnie jest Dżinsowa Dialektyka.
            O ciągle świeżych pomysłach: - Wysoki poziom kreatywności jest jedną z podstawowych zalet bycia pedałem.
            O modzie na nawiązywanie do surowego rocka lat 70-tych: - Oddajemy hołd zespołom, które czerpią inspiracje z wykonawców klasycznych, aczkolwiek bardzo cienka linia oddziela konstruktywne posługiwanie się wpływami od układania nadmiernie retro-kiczowato-postmodernistycznej, kulawej poleczki.
            O stosunku zespołu do piłki nożnej: - Jesteśmy wrażliwymi artystami, europejskimi kompozytorami i autorami tekstów. Nie mamy czasu na gonitwy za skórzaną piłką.
            W jego postawie jest coś z dandyzmu. Ale brutalnego. Zaczepnego. Dandysowska wyniosłość i błazeńska przewrotność... Gdzieś daleko, daleko podobny typ autokreacji stosują u nas tacy szołmeni, jak Tymon czy Paweł Konnak. Tyle że oni - przy Happy-Tomie - to prześmiewcy demokratyczni, egalitarni. Happy-Tom jest natomiast wyniosły i elitarny. By nie powiedzieć - skrajnie-dekadencko-arystokratyczny.
            Jego wuj Arne był przez dziesiątki lat archeologiem Thora Heyerdahla. Później zaś dyrektorem muzeum Kon-Tiki w Oslo. - Był najważniejszym uczestnikiem ekspedycji na Wyspę Wielkanocną w latach 50-tych - opowiada Happy-Tom. - W wielu książkach są jego zdjęcia.
            Matka Happy-Toma chodziła do szkoły średniej w USA, w Pasadenie (Kalifornia). Była w jednej klasie z Sirhanem Sirhanem - późniejszym zabójcą Boba Kennedy'ego, brata prezydenta Johna F. Kennedy'ego. Tak przynajmniej oznajmiła Happy-Tomowi w przeddzień amerykańskiej trasy Turbonegro w 1995 r.
            Happy-Tom twierdzi również, że któregoś dnia - gdy był bardzo małym dzieckiem - opiekował się nim i jego bratem syn Milesa Davisa!
            Zaiste ciekawy zestaw wpływów.

Grali dla Hell's Angels?

            "Turboneger"?! A więc "Turbomurzyn"!! Ale kim, u diabła, jest Turbomurzyn?!
            Happy-Tom: - Turbomurzyn to duży, hojnie obdarowany, uzbrojony czarny mężczyzna w szybkim samochodzie, szukający ZEMSTY. Jesteśmy jego prorokami!
            No to jadziem!!!
Styczeń 1989. Turbomurzyny łoją pierwszą próbę. Są nadaktywni. Już teraz, od razu, natychmiast nagrywają dwa kawałki. Swój własny - "Killer Penis" - i cudzy - "1970". Czyj? Oczywiście - The Stooges! Swoich muzycznych arcy-idoli. Zaraz też postanawiają rozpowszechnić te swoje nagrywajki. Kupują w tym celu 50 tanich kaset commodore'a - takich badziewnych, do komputerów (pamiętacie te czasy?). I w ten sposób powstaje pierwsze demo zespołu. Wzniośle nazwane "Computech CS" - bo tak nazywały się owe tanie kasety.
            "Zabójcze Prącie" i ukłon w stronę Stoogesów... Ta kombinacja wytycza Turbosiom szlak na następne 10 lat.
            Lód powoli topnieje. Jest koniec marca 1989. Turbomurzyny debiutują na scenie. O dziwo - poza Norwegią. W Kopenhadze, w Danii. W klubie Ungdomshuset. Jest demówka, jest pierwszy koncert. Czas zdobyć własny teren. W końcu - udaje się. W kwietniu Turboneger po raz pierwszy występuje w Oslo.
            (Kilka lat później ktoś wyciągnął im trupka z szafy. - Podobno graliście na imprezie Hell's Angels w Kopenhadze trzy tygodnie po założeniu zespołu...? Wciąż robicie takie rzeczy? - zapytał Happy-Toma wywiadowca belgijskiego Pitsbulla. Happy-Tom był tym razem nad wyraz lakoniczny: - Nie - rzucił krótko. Czy chodziło o ich pierwszy koncert? Bóg raczy wiedzieć... Ale wątek ciekawy.)
            Z tym bagażem doświadczeń wchodzą zaraz potem do studia. Miejsce nazywa się Nesodden Musikkverkstedt, a za konsoletą siedzi stary, dobry znajomy - Christian A. Calmeyer (spotkaliśmy go przy okazji singla Akutt Innleggelse) - odtąd niemal etatowy producent zespołu. Współtwórca masakratorskiego, turbomurzyńskiego brzmienia.
            Efektem sesji jest singiel "Route Zero" - pierwsze oficjalne wydawnictwo Turbonegro. Nagrane i wydane przez Calmeyera za kasę chłopaków. - Całą moją zapłatę stanowiło 10 egzemplarzy tej płytki - wspomina Christian. Nie obyło się też bez zgrzytów. Na sesji nie pojawił się TK, perkusista. Bębny musiał więc wgrywać Thomas. Nagrano dwie piosenki - "Route Zero" i przeróbkę MC5 - "Want You Right Now". A więc znowuż klasyka z Detroit, znowuż mistrzowie gitarowej ściany dźwięku...
            Singiel wychodzi na różowym winylu. W ograniczonym nakładzie - 500 sztuk. Ciekawostka. Pierwsze 50 egzemplarzy ukazuje się razem z demówką "Computech CS". W ten sposób nabywca staje się posiadaczem produktu składającego się z czterech piosenek - w tym dwóch przeróbek starych kapel z Detroit z przełomu lat 60-tych i 70-tych...     
Wydawca również jest nam znany. To Straitjacket - firma Happy-Toma. Ta sama, która wydała singla jego pierwszej kapeli.
(Wkrótce nakładem Straitjacket ukaże się również singiel Anal Babes - drugiej kapeli Happy-Toma. Zowie się "Fear And Loathing With...". Po jego wydaniu Happy-Tom opuszcza tę kapelę i skupia się wyłącznie na poczynaniach turboidalnych. Do Anal Babes dołączy za to pałker TK - jako ich nowy wokalista).
            Już w nowym, 1990 roku, ukazuje się dwunastka "Turboloid" - pozycja numer dwa w dyskografii zespołu. A na niej pięć piosenek. Nagranych w tym samym miejscu, z tym samym producentem, wydanych przez tę samą firemkę. Tym razem w nakładzie 1000 egzemplarzy.
            Co słychać na dwóch debiutanckich krążkach? Kronikarze powiadają, że był to - zacytuję w oryginale - "thick and heavy distorted rock". Czyli: "ciężki, mocno sfuzzowany rock"...
            Tą bronią chcą teraz pobić Amerykanów.

Tchórzliwi frajerzy

            Wrzesień 1990. Turbomurzyn wyrusza do Stanów Zjednoczonych. Na 3-tygodniową, "nieoficjalną" trasę koncertową. 
            - Była przerażająca - wspomina Happy-Tom.
Kłopoty zaczynają się już parę godzin po przylocie. W Minneapolis, przed hotelem, w którym się zatrzymali, wywiązuje się bójka z jakimiś miejscowymi bandziorami. Główną rolę gra Rune, jeden z gitarzystów. Ma pecha. Dostaje taki oklep, że trafia do szpitala. I już z niego nie wychodzi do końca trasy.
Happy-Tom: - Byliśmy pijani już na lotnisku w Norwegii. Piliśmy też w samolocie. Na lotnisku w Stanach byliśmy więc kompletnie załatwieni. Przebieg trasy pozostaje dla nas tajemnicą.
            Sacramento. Przy okazji koncertu impreza. A na niej cały zespół. W trakcie imprezy jeden z członków ekipy towarzyszącej muzykom uczestniczy w awanturze, która kończy się zabójstwem...
            Tego samego dnia Vegard wdaje się w ognisty romans ze striptizerką, która twierdzi, że jest córką Jacka Kerouaca. Skandal goni skandal. Wszyscy mają dość tej trasy. I chyba także dość siebie nawzajem. Po powrocie do Oslo Turboneger rozpada się.
            - Zagraliśmy na tej trasie łącznie 8 koncertów - podsumowuje Happy-Tom. - Graliśmy w speedmetalowej salce na próby w miejscowości Aurora w Illinois. W lesbijskim barze w Seattle, wypełnionym fanami Grateful Dead, którzy natychmiast wyszli... Do atrakcji trasy należała też ogromna butelka mescalu, którą dostaliśmy w prezencie od królów punk rocka z Poison Idea.
            Pamiątką po tej wycieczce do Stanów jest amerykańskie wydanie singla "Route Zero". Zawiera piosenkę tytułową i dwa kawałki z "Turboloida". Żadnych przeróbek. Czysta turbo-grzanka. Płytkę wydał Long Gone John, czyli firma Sympathy For The Record Industry.
            Tu ciekawostka. W Stanach kapela funkcjonowała pod nazwą TRBNGR. - Bo jesteśmy tchórzliwymi frajerami - tłumaczy Happy-Tom. Pod tą nazwą wydali też w USA swojego singla.
            Ponoć dopiero ta płytka rozsławia zespół w Europie. - Czy to nie dziwne? - zapytał Happy-Toma reporter Pitsbulla. - Tak - usłyszał w odpowiedzi.

Tymczasem zamazuje się tożsamość

            Turbonegro to tradycjonaliści punk rocka.
Od pierwszej próby (styczeń '89) do ostatniego koncertu (18.12.98.), przez niemal okrągłą dekadę, podążali Ścieżką Punkowej Tradycji.
Bo punk rock to bardzo skostniała formuła. Wszystko jest tu ustalone. Wszystko jasne. Skanonizowane. Można co najwyżej wybierać pośród kilku/kilkunastu ściśle sformalizowanych podgatunków. Punk rock to hałaśliwy blues wielkomiejskiego getta. Turbonegro postawili na to, co w nim najbardziej rdzenne. Na odmianę najstarszą, właściwie jeszcze przed-punkową. Tą, która rozkwitała w Detroit na przełomie lat 60-tych i 70-tych - za sprawą takich wykonawców, jak Iggy & The Stooges czy MC5.
            O MC5 powiedziano kiedyś, że to "generałowie gitarowej armii". A The Stooges... Iggy Pop... Cóż rzec? Czyste szaleństwo, nieokiełznana ekspresja - tyle że zamknięta w ramy teatru. Bo punkowy koncert to teatr. Ze scenografią, aktorami, rekwizytami i spektaklem do odegrania. Zresztą teatralny jest cały punk. Problem w tym, że ta teatralność niepostrzeżenie przenika się z życiem. I to przenika się ściśle - nierozerwalnie. Jak jin i jang. Na dobrą sprawę nie wiadomo, gdzie kończy się teatr, a zaczyna się życie - i na odwrót.
            Iggy Pop opowiadał, że już się zdążył przyzwyczaić do funkcjonowania pod kilkoma nazwiskami: - Pieniądze z banku odbieram jako James Osterberg [prawdziwe nazwisko Iggy'ego - Ł.] - mówi. - Ale zarabiam je jako Iggy Pop.
            No właśnie. Bez Osterberga nie ma Iggy'ego, a bez Iggy'ego nie ma Osterberga. Tak samo jest z Turbomurzynami. Gdzie się kończy Thomas Seltzer, a zaczyna Happy-Tom? - Zacząłem tracić kontrolę nad tym kto jest Happy-Tomem, a kto Thomasem - powie w 1998 r. Happy-Tom. - I to chyba zaczyna być problemem również dla reszty chłopaków.
            Niech zatem Iggy będzie naszym przewodnikiem po tej turbo-szaradzie. Naszym Wergiliuszem w odmętach turbo-piekła. To przecież on przecierał szlaki. Niech więc i on teraz doda nam otuchy pośród osaczających nas dantejskich scen.

Idźcie z szatanem

             Turbonegro rozpada się więc we wrześniu 1990. Ale już po kilku miesiącach - zimą 1990/91 - Turbomurzyn zmartwychpowstaje. Happy-Tom, Rune i Pål - oto trzej reaktywatorzy. Wszyscy z poprzedniego składu. Tyle że Happy-Tom tym razem siada za perkusją.
            Pojawiają się też dwie nowe twarze. No, może niezupełnie takie "nowe". Bas przejmuje bowiem Bengt "Bingo" Calmeyer - znany nam kolega Happy-Toma z Akutt Innleggelse i brat producenta, Christiana A. Calmeyera. Wokalistą zostaje weteran norweskiego punk rocka, Harald Fossberg.
            Harald Fossberg śpiewał pod koniec lat 70-tych w Hæerverk ("Dewastacja") - jednej z pierwszych norweskich kapel punk rockowych. W 1980 r. nagrał z nią singla "Produkt av 70-åra". Piosenki z tej płytki bywają wznawiane na staro-punkowych norweskich składakach. W latach 80-tych Fossberg występował też z zespołami Siste Dagers Hellige i Spacelings.
- Harald ma dwoje sympatycznych dzieci - opowiadał w 1992 r. Happy-Tom. - Niestety jest fanem Soundgarden...
            Nie tylko taką przypadłość ma nowy wokalista. Jest też wyraźnie starszy. Różnica wieku jest wręcz piorunująca. Jeśli wierzyć Pitsbullowi, w 1992 r. taki np. Happy-Tom ma 22 lata. W podobnym wieku są pozostali. Oprócz, rzecz jasna, Haralda, który ma aż... 43 lata!
            Nazwa zespołu to rzecz płynna - raz jest to Turbonegro, innym razem Turboneger, a jeszcze kiedy indziej TRBNGR...
            Turbomurzyny nie próżnują. Podtrzymują kontakt z Long Gone Johnem z USA. I już latem 1991 wydają u niego singla. To "Vaya Con Satan" z trzema nowymi piosenkami (wychodzi w USA, więc singla sygnują jako TRBNGR). Okładka jest właściwie ta sama, co w "Welcome to Hell" Venomu (głowa kozła w odwróconym pentagramie). Tytuł też nieprzypadkowy - toż to parodia "Vaya Con Dios", tytułu szlagieru muzyki latynoskiej, popularnego zwłaszcza w latach 70-tych. "Vaya Con Dios" to mniej więcej tyle, co "Idź z Bogiem" - tak więc singiel Turbonegro nazywa się "Idź z szatanem"!
            Kilka lat później Happy-Tom powie, że wraz z "Vaya Con Satan" rozpoczyna się deathpunk. - Do tej pory Turbonegro było prowincjonalną wersją muzyki, której wówczas słuchaliśmy - będzie tłumaczył Happy-Tom. - Roky Erickson, Mudhoney, klasyczny punk, hard core i pop oraz taki np. holenderski Gore.
            Bas na "Vaya Con Satan" obsługuje Ole Martinsen. Wkrótce muzyk The Lust-O-Rama.
            W listopadzie 1991 Turboneger wchodzi do studia niedawno powstałej firmy Big Ball Records. (Założył ją David "Punk Babe" Gurrik - gitarzysta Anal Babes, kumpel Happy-Toma. Turbole są więc w domu). Do lutego '92 nagrywają swoją pierwszą dużą płytę. Produkują ją Craig Morris i Audun Strype. Krążek wychodzi w nakładzie 1000 sztuk. Nazywa się "Hot Cars and Spent Contraceptives" - "Gorące auta i zużyte środki antykoncepcyjne".
            Ta płyta to 11 kawałków. W tym trzy znane z niedawnego singla (nagrane na nowo) i jedna przeróbka - "Prima Moffe", czyli w oryginale "Prime Mover" zespołu Leather Nun (to taka szwedzka kapela postpunkowa, założona w połowie lat 70-tych; znani skandaliści - ilustrowali m.in. swoje piosenki fragmentami gejowskich filmów hard-core-pornograficznych).
- Cóż mogę powiedzieć - zastanawia się David "Punk Babe" Gurrik. - Ta przeróbka jest straszna, okropna. Ale reszta zawiera najlepszy aggro/punk/noise od czasu Rude Kids.

Przestraszyli nawet Cobaina!

            Singiel "Vaya Con Satan" i płyta "Hot Cars and Spent Contraceptives" uchodzą za kamienie węgielne Deathpunka - jak nazwali swój styl Turbomurzyni z Oslo. Oto "ciemny, podładowany śmiercią punk rock, z wypadami w stronę hard core'a i metalu, ujawniający pewną tendencję do szokujących i sarkastycznych tekstów" - czytamy na oficjalnej stronie internetowej zespołu.
            To właśnie na "Hot Cars..." znalazł się utwór "I'm In Love With The Destructive Girls" - "Jestem zakochany w destruktywnych dziewczynach" - który będzie ostatnią piosenką wykonaną publicznie przez Turbonegro (18.12.1998. w Oslo).
Okładkę płyty zdobią ognie piekielne. Natomiast zdjęcie zespołu we wkładce to pastisz zdjęć Kraftwerku.
             Płyta wzbudza entuzjazm. "Jest tak cholernie punkowa, że wywierci ci nową dupę" - reklamuje duński Moshable. "Radio Birdman spotyka Venom w ośrodku dla wykorzystywanych seksualnie wariatów" - próbuje opisać tę muzykę pewien szwedzki di-dżej. "Trudno mi opowiedzieć, jak dobra jest ta płyta" - zachwyca się gość z Pitsbulla. - "Słucham jej cały dzień. Jest tu mnóstwo naprawdę ciężkiego materiału. Wyobraźcie sobie mieszaninę NoNoYesNo, Skin Yard, Laughing Hyaenas z kupą punka, seksu i brudu, a będziecie blisko... Wpływy: Venom, Radio Birdman, Motorhead, Germs".
- Norwegia jest pełna głupich, pieprzonych fanów Led Zeppelin, którzy chcą, by wszystkie miejscowe kapele brzmiały tak, jak amerykańskie - zżyma się wtedy Happy-Tom. - Ludzie po prostu próbują nas ignorować. Ale to im się nie uda, bo nasza płyta znalazła się w zeszłym tygodniu na TOP 40 norweskiej listy przebojów. Dzieciaki nas kochają, działacze sceny nas nienawidzą.
            Turbonegro wkracza w nowy etap. Zespół zaczyna mylić tropy, konstruować swoją mega-szaradę. Udawać, grać... A może wcale nie udawać? Muzycy po raz pierwszy przybierają pseudonimy. Bingo, Bongo, Harry, Brune, Max... A dokładnie: Bongo Neger, czyli późniejszy Happy-Tom; Bingo Neger, czyli Bengt Calmeyer; Harry Neger, czyli Harald Fossberg; Brune Neger, czyli Rune; Max Neger, czyli Pål. "Neger" to "Murzyn". Więc każde z tych nowych nazwisk tak właśnie należy odczytywać - "Bingo Murzyn", "Bongo Murzyn" itd.
            Z tego okresu pochodzi anegdota o Kurcie Cobainie. Turbole grali z Nirvaną w Oslo, na festiwalu Kalvøya. Zagrali też na pokoncertowej imprezie. Podobno Cobain wysłuchał wówczas kilku piosenek, po czym zatkał sobie uszy i wybiegł z sali... Czy mógł się spodziewać, że wkrótce stanie się bohaterem nowej piosenki Turbomurzyna?

Nostalgia za erą, której nigdy nie było

            Nasi neo-proto-punkowi szaleńcy to typowy wytwór lat 90-tych.
            To, że punk rock skostniał, skanonizował się, jest tylko przejawem trendu głębszego. Bo lata 90-te to ostateczne skostnienie wszystkiego. Śmierć wszelkiej awangardy, nowości, oryginalności. - Nic nowego! - krzyknął świat. I zaczął pożerać swój kulturowy ogon.
            A co w zamian? To proste - nawiązania, pastisze, artystyczny recykling. Podlany gęstym sosem morderczej ironii. Bo jak można na serio reaktywować coś, co zostało już raz do końca przeżute i przetrawione?
            Rytm nawiązań wyznacza cykl 20-letni. To znaczy, że np. lata 90-te nawiązują do lat 70-tych. Bo były 20 lat wcześniej. Dlaczego akurat tak? Prawdopodobnie dlatego, że "nawiązywacze" to na ogół ludzie późnej młodości: 20-, 30-latkowie. Którym to, co było 20 lat wcześniej, kojarzy się mgliście z dzieciństwem. Nawiązywanie jest zatem, w ich wypadku, emocjonalnym powrotem do bezpiecznego stanu niemowlęctwa. Do złotego wieku własnego życia.
            Co bardziej ciekawi świata wiedzą, że ten stan zwykło się w literaturze i publicystyce nazywać postmodernizmem. Charakterystycznym przejawem tego trendu jest np. film "Pulp Fiction". Obejrzyjcie go właśnie pod tym kątem - cytatów, parodii, nawiązań, pastiszy... Ten film składa się głównie z takich elementów. I jest skrajnie ironiczny. A całość - rzecz jasna - "w klimacie" lat 70-tych. Efekt? "Pulp Fiction" to WIELKA ZAGADKA. Szarada dla dociekliwych. A co jest żartem, a co na serio? Tego chyba do końca nie wie nikt...
            I takie jest właśnie kulturowe otoczenie Turbonegro. Przywoływane do bólu lata 70-te. Stooges, MC5, potem Alice Cooper, The Dictators... Potraktowani z dużą dawką ironii. Ale czy na pewno? - Wielki sekret Turbonegro był taki, że mało w tym zespole było humoru. Niestety... - powie Happy-Tom, już po rozpadzie kapeli... Turbonegro to wciąż zmieniane dekoracje, rekwizyty, pseudonimy. Wszechogarniająca atmosfera WIELKIEJ ZAGADKI. Happy-Tom: - Lubimy gierki, zabawy słowne, uwielbiamy bawić się strachem, instynktem, stylem i głupotą.
            Tyle że Happy-Tom nie cierpi określenia "postmodernizm". Używa go na ogół jako obelgi. Kolejna gierka sztukmistrza o zaburzonej tożsamości? - Całe to bezcelowe pozerstwo... - komentuje Happy-Tom stan rock'n'rolla lat 90-tych. - No nie wiem, to mi trąci postmodernizmem. Nie lubię postmodernizmu i nostalgii...
            Rzeczywiście. Świat opanowuje wówczas nostalgia za wczesnym punk rockiem. Przecież lata 90-te to powrót do ostrego grania. Najpierw grunge. Potem Green Day i Offspring. A wreszcie sensacyjny powrót Sex Pistols, festiwal Holidays In The Sun i stopniowe reaktywowanie się wszystkich kapel pierwszej i drugiej fali brytyjskiego punk rocka... "Dlaczego się nie reaktywują wszystkie stare kapele / I nie grają swoich starych piosenek / To żaden punk / Jeśli nie jest tak, jak za starych lat // Nostalgia za erą, której nigdy nie było / Nostalgia za erą której nigdy nie było..." - śpiewał z właściwym sobie cynizmem Jello Biafra w 1994 r.
            Dziwnym trafem (?) na początku lat 90-tych swoją muzykę wyraźnie zaostrza również Iggy Pop. Nasz przewodnik po turbo-piekle. Totalnie zmienia (i odmładza) skład swojego zespołu. I powraca do pierwocin szaleństwa. Czy pamiętacie, jak przyjechał do Warszawy w 1993 r.? Przecież zagrał wtedy autentyczny koncert The Stooges! Zupełnie jak w Detroit 20 lat wcześniej...

Najtwardszy mleczarz świata

            Grudzień 1992. Turbole wyruszają w trasę po Europie Północnej.
            Za jakąś resztkę kasy przeprawiają się do Danii. Tam, w Alborg, grają koncert. Jak się okazuje - jedyny potwierdzony koncert całej trasy. Następnie trafiają do Hamburga. Gdzie "motają się w desperacji, daremnie poszukując okazji do grania". Po pięciu dniach kończą im się pieniądze.
            - Siedzieliśmy po prostu w mieszkaniach różnych miłośników trawki w Hamburgu - wspomina Rune. - Przeważnie czytaliśmy komiksy. Największy wpływ wywarł na mnie komiks o Reidzie Flemingu, najtwardszym mleczarzu świata.
            Odpowiedzialny za klęskę był Marc Richter, "organizator" trasy. "Nie załatwiłem żadnego koncertu. Byłem w szpitalu" - zakomunikował Turbolom na 5 dni przed ich wyjazdem z Oslo...
            Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jak można dowiedzieć się ze strony internetowej zespołu, pobyt mimo wszystko opłacił się. Nawiązane w Niemczech znajomości miały wkrótce zaprocentować - propozycjami tras, kontaktami z wydawnictwami itd.
            Mało tego. Już w roku 1993 nakładem niemieckiej wytwórni Repulsion Records ukazuje się płyta "Helta Skelta". Co prawda jest to odgrzewany kotlet - czyli pierwsza płyta - "Hot Cars and Spent Contraceptives" - oraz parę bonusów. Ale dzięki temu debiutancki krążek Turboli staje się powszechniej kojarzony poza Norwegią. Nadmieńmy, że Repulsion Records to firma Marca Richtera. Tego samego, który zebździł Norwegom trasę. Czyżby próba zadośćuczynienia?
            Wśród bonusów wyróżnia się wytwór pt. "A Career In Indierock". To nie piosenka, lecz... słuchowisko! [przepisuję to "na wiarę", z opisu płyty, bo sam tego nie słyszałem - Ł.]
            Okładkę zdobi wykonany w realistycznej konwencji portret Sirhana Sirhana - tegoż samego zabójcy Boba Kennedy'ego, z którym chodziła do szkoły matka Happy-Toma. Tył płyty to z kolei zdjęcie Johna Hinckleya, niedoszłego zabójcy Ronalda Reagana. Hinckley przystawia sobie tutaj do głowy pistolet...
            No i ten tytuł... To już cała tradycja. "Helter Skelter" to oczywiście słynny, brutalny kawałek Beatlesów. Ulubiony utwór Charlesa Mansona. Który gdy dokonał dzieła swego życia w willi Romana Polańskiego, pozostawił po sobie m.in. wymazany krwią na ścianie napis - Helter Skelter. Później grali tę piosenkę Siouxsie And The Banshees. Świadomie odwołując się do upodobań Mansona. No a teraz Turbonegro...
            Punk śmierci na maksa... Przypomnijmy sobie, że dokładnie w tym czasie wszechświatową furorę robią "Urodzeni mordercy". Kult zabójców osiąga apogeum.

Randka z wiertarką

            I oto nadchodzi przełom.
            Rok 1993. Szeregi kapeli opuszcza Harald Fossberg. Powód? Względy zdrowotne. Na jego miejsce wskakuje Hans Erik Husby. Czyli Hertisen. Czyli nasz późniejszy, nieprawdopodobny Hank Von Helvete! W skrócie: Hanky. Ponoć ma "żółte papiery". - To skupiony na samym sobie narzekacz - opisuje go Happy-Tom. - Świetnie się wpasował!
            Hank - lekko tłustawy, pocieszny brunet - występował wcześniej w efemerycznej kapeli Inri (nie, nie tej z Piły). Zresztą razem ze swoją żona, która w Inri grała na basie. Wydali w 1992 r. jednego singla - "Breakfast Serial X". Płytka uchodzi w Norwegii za absolutny klasyk miejscowego undergroundu. Ich muza była ponoć "naprawdę chora", a zespół "starał się osiągnąć możliwie największy hałas". - Należeliśmy do tego rodzaju kapel punkowych, które powinny były zacząć grać grunge - wspomina Hank.
            Zresztą muzyka to ewidentnie jego rodzinny żywioł. Brat Hanka jest znanym w Norwegii kompozytorem muzyki współczesnej.
            A więc zmiana wokalisty. Z tej okazji zmienia się również nazwa zespołu. Odtąd grają jako Stierkampf. Co po niemiecku znaczy tyle, co "Walka byków".
            Hank debiutuje na scenie w kwietniu 1993 w Oslo, gdy Stierkampf supportują Poison Idea. Z którymi zresztą jadą w mini-trasę po Norwegii.
            Tego roku występują również w Kopenhadze - 1 maja. A w sierpniu supportują Ramonesów na festiwalu rockowym w Oslo.
            Jak Turbonegro wypada na żywo? "Sam koncert był straszny" - pisała któregoś razu jedna z gazet. - "Ale przynajmniej muzykom udało się potem zdemolować wszystkie pomieszczenia na zapleczu". Bengt zaś wspomina: - To było wtedy, gdy obudziłem się po dwóch dniach we własnym łóżku w Oslo. Obok mnie leżała ogromna wiertarka...
            Tych koncertów nie ma jednak zbyt wiele. Nowa nazwa ściąga na Turboli oskarżenia o "kryptonazizm". I organizatorzy jakoś nie kwapią się, by zapraszać ich na występy gościnne. Zwłaszcza w Niemczech.

Nigdy jest zawsze

            Tymczasem zaostrza się wizerunek zespołu. Na początku roku ukazuje się epka "(He's A) Grunge Whore" - "On jest grunge'ową kurwą". Poświęcona postaci Kurta Cobaina. Jeszcze żywego. Ale - uwaga, uwaga! - Turbole przepowiadają mu w tekście rychłą, samobójczą śmierć! Oprócz utworu tytułowego, na płycie znajdziemy jeszcze pięć piosenek. W tym przeróbkę Black Flag - "Six Pack". Ale w wersji zupełnie niespodziewanej. Raz, że ze starym wokalistą - Haraldem Fossbergiem. A dwa, że ze słynnym Eugenem Chadbournem - amerykańskim poszukiwaczem muzycznych przygód, znanym m.in. z zespołu Shockabilly i ze współpracy z Johnem Zornem i Fredem Frithem - tym razem grającym na banjo! A więc unikat!
            Krążek ukazał się nakładem starego znajomego z Sympathy For The Record Industry. Zespół przedstawia się na płycie następująco: Herr Tugen, Bongo, Bingo, L. Ron Bud, Brune...
            Herr Tugen to oczywiście Hans, czyli późniejszy Hank Von Helvete. (Zaraz do tej ksywy wrócimy).
            Rok 1993 jest niezwykle pracowity. Od marca do grudnia Turbole nagrywają materiał na kolejną płytę (w międzyczasie porzuciwszy niewygodną nazwę Stierkampf). W znanym już sobie Nesodden Musikkverkstedt. Pod czujnym okiem Christiana A. Calmeyera. Wytwór tej długaśnej sesji wypełza na światło dzienne w roku następnym - 1994 - pod lapidarnym tytułem "Never Is Forever" - "Nigdy jest zawsze" (albo: "Zawsze jest nigdy"). Płytę firmuje efemeryczny twór Dog Job Records, założony bodaj specjalnie na potrzeby tego jednego krążka. Pierwszy nakład - 1200 egzemplarzy.
            (Pomysły buzują, aż paruje głowa. W tym samym 1993 r. Happy-Tom zostaje zaproszony do gry w świeżo powstałych The Vikings. To kapela pół-żartem, pół-serio. Skupiona wokół Mortena Henriksena - dotąd w The Cosmic Dropouts, od niedawna na czele The Yum-Yums - oraz Steve'a Baise'a z The Devil Dogs. Grają głównie przeróbki - Joan Jett, Bay City Rollers, The Boys... Do 1996 r. wydają kilka singli i jedną płytę. Dla dziejów Turbonegro niezwykle ważne jest to, że gitarzystą The Vikings jest Knut Schreiner, czyli późniejszy Euroboy. I że właśnie pod szyldem The Vikings po raz pierwszy ukazuje się piosenka "Good Head" - skomponowana przez Happy-Toma i Euroboya - później wielki szlagier Turbonegro).

Szatan nawiedza Norwegię

            Pierwsza połowa lat 90-tych. Norwegia. W najciemniejszych zakamarkach tamtejszego podziemia króluje mrożący krew w żyłach black metal.
            Długo można by się zastanawiać dlaczego ta stylistyka największą karierę zrobiła właśnie tam - w Norwegii. Zostawmy ten problem fanzinom metalowym...
            To już nie są czasy międzynarodowych pionierów - Venom, Bathorego czy Celtic Frost. Oto swoje łby podnieśli lokalni radykałowie. Mayhem. Dark Throne. Satyricon. Burzum... Pełna teatralność, pełna ekspresja. Pomalowane na biało-czarno twarze, czarne stroje, trupie czaszki, krew, ciemność, gotyckie świątynie. No i ta piekielna muza: ropędzona do granic (nie)możliwości perkusja i gitarowo-klawiszowe pejzaże, niczym w najwznioślejszych kompozycjach Dead Can Dance. Tyle że wściekle sfuzzowane, elektryczne. A wokaliści... Oni już nawet nie ryczą - oni autentycznie charczą... Wypluwają z siebie trupi jad. Nienawiść. I tłumnie okupują przedproże pałacu władcy piekieł. Szatana. Księcia Ciemności. I wołają, błagają: "Panie, zstąp na tę lodowatą ziemię!"
            Żeby zagęścić ZŁO, niektórzy odwołują się do powszechnie znienawidzonych ideologii. Mayhem wybierają komunizm, Burzum - nazizm. I to w ich najbardziej ortodoksyjnych, totalitarnych odmianach.
            Na Norwegię pada blady strach. W końcu bowiem zaczynają płonąć kościoły. Młodociani sataniści, fani/twórcy black metalu nie przebierają w środkach... Wreszcie sami sobie skaczą do gardeł. Założyciel Burzum - i właściwie jedyny członek tej kapeli - samozwańczy "Hrabia Grishnackh" - uznaje za zdrajcę "ruchu" niejakiego Euronymousa, wokalistę Mayhem. W końcu go zabija. A wieść gminna niesie, że nawet zjada. Zaś z kości robi wisiorki... Grishnackha łapie policja. Zostaje osądzony. Za morderstwo i podpalanie kościołów trafia z wysokim wyrokiem do paki. Jest połowa lat 90-tych...
            Trzeba o tym wiedzieć, żeby zdać sobie sprawę, w jakiej atmosferze tworzy Turbonegro. Śmierć, nazizm, ciemność... Te wątki przecież dominują w ich twórczości.
            W tym czasie Hank występuje najczęściej pod ksywą Hertisen. A więc: "Książę". To rodzi pewne skojarzenia. Które w końcu Turbole muszą wyjaśnić. "Hertisen (Książę) nie ma związku z Greven (Hrabia)" - czytamy w Rock-Furore w 1994 r. O jakiego "Hrabiego" chodzi? Oczywiście o Hrabiego Grishnackha z Burzum!
            Kilka lat później zapytano Happy-Toma skąd ta popularność tzw. Scandinavian Wave? A więc tej fali skandynawskich zespołów, którym szlaki przecierali m.in. Turbole...? "Zabrakło wam kościołów do podpalania?" - nalega w tej sprawie niejaki Tony Slug. A Happy-Tom na to: - Tych drewnianych już nie ma. A satanistyczne dzieciaki zostały przeważnie albo nazistami, albo ofiarami ecstasy, albo interpretatorami Tolkiena. Co bystrzejsi tworzą jednak teraz Turbojugend.

Ci wstrętni muzyczni dziennikarze...

            "Widzę, jak jadą samochody / Boję się swastyki / Mijają mnie ładne dziewczyny / Boję się swastyki". Psychoza rośnie... "Jestem bombą zegarową / I zaraz eksploduję / Jestem poza kontrolą!" ("Time Bomb")
            Słuchamy ciemnej, ciężkiej płyty "Never Is Forever". Kamienia węgielnego deathpunka. Czyli punka śmierci. To PIERWSZY FILAR tego niezwykłego gatunku (Dokładne omówienie "trzech filarów punka śmierci", czyli trzech najważniejszych płyt Turbonegro - tuż obok).
Płytę firmują panowie: Hanky, Panky, Loonie, Toonie i Happy-Tom. Właśnie! Happy-Tom! To pierwsze publiczne ujawnienie tego wiekopomnego pseudonimu!
            Świeże pseudonimy, świeży styl... Przyszedł czas na rozgłos: Turbonegro intensywnie dba o promocję...
... z właściwym sobie wyczuciem taktu...
            Oto impreza norweskiego magazynu rockowego Rock Furore. Happy-Tom pojawił się tam z kolegą, Alexem Rosenem. - Nagle podszedł do nas Erik Mayn z U [programu telewizyjnego poświęconego muzyce rockowej - Ł.] - wspomina Happy-Tom. - Podszedł, żeby się przywitać. Alex nas sobie przedstawił. Ja natychmiast wymieniłem Maynowi całą listę naszych materiałów, które już wysłaliśmy do U - kompaktów, kaset itp. - na które nigdy nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi.
            Happy-Tom zapytał w związku z tym Mayna czy aby trafić do jego programu trzeba być "Blitzerem", lub mieć kontrakt z jakimś koncernem. Wyjaśnijmy, że "Blitzer" to "osoba związana z centrum młodzieżowym Blitz w Oslo"...
- Myślę, że muszę już iść - odpowiedział Mayn. I odwrócił się.
            Ale w tym momencie Happy-Tom uderzył go otwartą dłonią w tył głowy. I wydarł się na całą salę: - Jeśli Turboneger nie pojawi się w U, ZABIJĘ CIĘ!!!
            - Wydaje mi się, że to nie jest właściwy sposób, aby trafić do telewizji, Seltzer - miał wówczas wyszeptać do niego Alex Rosen...
            Innym razem Rune przypadkiem spotkał redaktora naczelnego Rock Furore. Zażądał, aby w najbliższym numerze ukazał się trzystronicowy artykuł o zespole. I żeby zdjęcie Turbonegro znalazło się na okładce! A jeśli nie - naczelny miał zostać uduszony...

Tylko frajer chodzi w skórze
           
            Styczeń i luty 1994. Turbonegro podbija Europę. 17 koncertów. Dania, Niemcy, Szwajcaria, Belgia i Holandia. Trasa nazywa się "Nihil Jung".
            Rok jest jednak ogólnie leniwy. Dopiero u jego schyłku coś zaczyna się ruszać...
            Zimą 1994/95 Turbomurzyny postanawiają wcielić nazwę w czyn. I... przekształcają się w murzynów!
            Co to znaczy? Ano zaczynają występować z twarzami pomalowanymi na czarno i perukami afro na głowie! Oto pierwszy ze wstrząsających scenicznych images zespołu. Styl a la Al Jolson.
- Znaleźliśmy się nagle w garderobie, wymalowani na czarno, w perukach i małych kapeluszach na głowie - wspomina jeden z takich koncertów Happy-Tom. - Paląc trawę z naszymi ponadczasowymi idolami, Bad Brains... Całkiem nieświadomi absurdalności tej sytuacji. Oni nie powiedzieli o tym ani słowa. Ale chyba byli nami zażenowani.
            Image afro nie przetrwał próby czasu. Wiosna przynosi zmianę.
            Maj 1995. Chyba jeden z najważniejszych momentów w karierze Turbonegro. Na koncercie w Oslo po raz pierwszy prezentują nowy image. Dżinsowe spodnie, dżinsowe katany, a nade wszystko - wąsy! Odtąd Turbonegro występują jako dżinsowe demony.
            Happy-Tom: - Dżins pod każdym względem bije na łeb skórę. Skórzane ciuchy są dla małych, pustych ludzi. A dżins jest dla nas - dużych facetów! I dzieciaki to kochają!
            Nowemu wizerunkowi towarzyszy singiel. Ze wstrząsającym hymnem "Denim Demon". Znamy już te słowa. Ale zaśpiewajmy refren jeszcze raz: "Oto wracam z hukiem / Mam swój własny skórzany gang / A w nim sami faceci / Dżins znowu rządzi // Oto jestem / Ja, Dżinsowy Demon / ... / Mój członek bucha parą / A wasze tyłki krzyczą: POMOCY!"

Wąsiury!!

            Dżins, wąsy, pedalstwo... Przychodzi mi na myśl taka oto sytuacja z Wrocławia... Pewien znany w środowisku nazi-skinhead postanowił porzucić dotychczasowych kolegów i związać się ze stroną - powiedzmy - "przeciwną". Rychło zainteresował się też miejscowym światkiem homoseksualnym. Zaczął pozować na gay-skina. Regularnie chodzić do miejscowego klubu pedalskiego. Aż w końcu zatrudnił się w nim jako bramkarz.
            Eks-koledzy nie mogli mu tego wybaczyć. Ale wszyscy myśleli, że ich złość wynika ze "zdrady" naszego bohatera. Tudzież stąd, że zdążył on publicznie opowiedzieć o swoich byłych przyjaciołach. A nawet ujawnić ich nazwiska.
            Nic bardziej mylnego.
            Pewnego razu doszło do sprzeczki w jakiejś knajpie. Nazi-skiny kontra nie-nazi-skiny. Bluzgi, groźby, choć bez żadnych rękoczynów. I w pewnym momencie jeden z nazi-skinów wypowiedział się na temat owego eks-nazisty, niby-gay-skina: - My wiemy, że to ch... Zdradził kumpli - trudno, zdarza się. Sprzedał nazwiska - trudno. Ale że zadaje się z WĄSIURAMI! Tego nigdy mu nie wybaczymy!!
            Niebywałe!
            Panie i panowie! Nowe słowo!! ... WĄSIURY ...!! Powtórzmy: W-Ą-S-I-U-R-Y ! Tak właśnie wrocławskie nazi-skiny nazywają pedałów...! Muszę przyznać, że jak to usłyszałem, prawie spadłem ze stołka...
            I gdy teraz patrzę na dżinsowy image Turbomurzynów słyszę, jak gdzieś w głowie kołacze mi to dziwne słowo: wąsiury...!, wąsiury...!, wąsiury!
            (Nie mogę powstrzymać się od dygresji. Na temat skinowskiego słowotwórstwa. Biały dzień, centrum Wrocławia. Przechodzimy z paroma kumplami przez ulicę. Mijamy wypakowanego nazi-skinka. On patrzy na nas, my na niego. Zaczynamy się trochę zeń podśmiewać. On wkurzony. Wreszcie, przechodząc obok, rzuca w naszą stronę: "I co, paparuchy?!" Zdumiewające... "Paparuchy"...!)

Mongoloidalni królowie rocka

            Singla "Denim Demon" wydaje hiszpańska firma Munster Records. Na drugiej stronie znajduje się piosenka "I Fucked Betty Page" (Betty Page to znana w latach 50-tych, ponętna fotomodelka, chętnie pozująca do aktów). Zespół podpisuje się następująco: Tom of Norway, Hanky El Magnifico, Bingo El Bailar, Bod El Stud i Rune Protrude.
            Ta ostatnia ksywa pastiszuje postać Rudiego Protrudiego, lidera The Fuzztones. A więc kapeli, która w połowie lat 80-tych odgrzebała garażowy rock z lat 60-tych. (Turbole nie zostawiają w wywiadach suchej nitki na Fuzztones i Protrudim oraz w ogóle na garażowym rocku).
            "Denim Demon" to pierwszy krok. Pierwszy z serii singli, które doprowadzą do wydania DZIEŁA ŻYCIA - płyty "Ass Cobra".
- Mimo, że pod wieloma względami byliśmy zadowoleni z "Never Is Forever" - opowiada Chris A. Calmeyer, etatowy turbo-producent - zespół nigdy nie brzmiał w ten sposób na żywo. Dlatego postanowiliśmy postawić na surowość. Spróbować uzyskać w studiu siłę koncertową. A może nawet takież brzmienie.
            Ta wypowiedź przyświeca wszystkim kolejnym przymiarkom do "Ass Cobry". Jeszcze wiosną ukazuje się drugi singiel z tego cyklu - "Bad Mongo". A na nim, poza utworem tytułowym, także "Hobbit Motherfuckers" i "Mobile Home". Ten ostatni to przeróbka piosenki The Lewd - starej, kalifornijskiej kapeli punkowej.
            Wydawcą jest tym razem amerykański Bovine Records. Własność Seana Bovine'a.
            (Bad Mongo - Zły Mongoł - to jeden z ulubionych bohaterów Turbonegroidalnej bajeczki. O jakiego Mongoła chodzi? Oczywiście - o mongoloida, czyli gościa z Zespołem Downa. To właśnie wtedy, na którymś z koncertów, Hank przedstawia się jako "Mongoloidalny Król Rocka"!!)
            Turbomurzyny pakują walizki. Czeka ich podróż do USA...
            Tymczasem wychodzi na jaw, że Hanka chcą zaciukać neonaziści. Na trzy miesiące przed amerykańską trasą Turbonegro, policja organizuje nalot na mieszkania norweskich hitlerowców. Znajduje m.in. "czarną listę" osób do odstrzału. A na niej - pośród znanych lokalnych polityków i dziennikarzy - widnieje także nazwisko Hanka! Dlaczego? Happy-Tom twierdzi, że to ze względu na jego audycję radiową... Noszącą wdzięczny tytuł: "Jednoosobowy Front Nihilistyczny".

Ameryka jest wielka

            25 czerwca 1995. Bohaterowie punka śmierci opuszczają Norwegię. Jadą do Stanów. Po raz drugi w dziejach. - Przynajmniej tym razem nikt nas nie skopał na kwaśne jabłko, jak ostatnio - komentuje tę trasę Happy-Tom.
            Trasa nazywa się "Namblin' in the 90's". Jej wstrząsający opis był jednym z głównych hitów Maximumrockandrolla nr 152...
            "Gdy żegnaliśmy się z naszymi bliskimi, nie byliśmy wzruszeni" - pisze Happy-Tom swoim niepowtarzalnym, niby-heroicznym stylem. - "Jesteśmy ponad to. Nie gramy emo-core'a. Wiedzieliśmy, że nie mamy nic do stracenia, za to wszystko do zdobycia."
            Przesiadka we Frankfurcie. Happy-Tom: "Gramy rocka. Gdy leżeliśmy na zimnej marmurowej podłodze frankfurckiego lotniska, w oczekiwaniu na poranny samolot do Nowego Jorku, czuliśmy, jak Rock płynie w naszych żyłach. Jesteśmy w Niemczech, na etycznym zapleczu nowoczesnego człowieka. Jesteśmy znudzeni. Hank próbuje wywołać antysemickie zamieszki biegając po terminalu, pocierając chciwie dłonie, garbiąc plecy i krzycząc: - Ich bin der Ewige Jude! Jestem odwiecznym Żydem!"
            W Nowym Jorku koncert odwołany. Zaczynają więc od Filadelfii. Potem jadą na południe. Do Richmond - stolicy Virginii - gdzie grają z The Candysnatchers. To już południe Stanów. "Mam oparzenie drugiego stopnia od opalania - na całe dwa tygodnie" - informuje Happy-Tom. - "Południe jest wspaniałe. Domy są naprawdę ładne, a ludzie twardo stąpają po ziemi i potrafią docenić SZTUKĘ, JEDZENIE i PICIE. Nasze wąsy są już duże".
            W Bowling Green, w stanie Kentucky, odwiedzają rodziców Richa - swojego kierowcy i mechanika. Jedzą, piją piwo. Jeżdżą kosiarką do trawy "wielką jak samochód". Rzucają podkowami z ojcem Richa. Aż w końcu Pålowi "udaje się zniszczyć ogródek z egzotycznymi kwiatami przy pomocy kosiarki do trawy. Jest trzeźwy".
            Potem Bloomington. To już Indiana. Środkowe Stany. Organizatorem koncertu jest Kerry z The Gynecologists. Podczas występu Turbonegro doznaje szoku z wrażenia. W ramach gratyfikacji oferuje Norwegom usługi lokalnych prostytutek. - Blond włosy, wielkie cyce i żadnego plastiku [czyli silikonu]! - zachwala. Hank, Bingo i Happy-Tom odmawiają. "Każdy z nas ma chłopaka w Norwegii" - tłumaczą. Ale Rune i Pål... "byli więcej-niż-entuzjastyczni". Poza tym "operują w kapeli wiosłami, więc mają pewne rockowe zobowiązania do wypełnienia".
            Cała gromada udaje się więc za miasto na chatę Kerry'ego. Bingo rzyga w samochodzie. Panienki zostają wezwane telefonicznie. A potem...
            A potem wypowiada się Rune. I ze szczegółami opisuje swoją przygodę z płatną laską imieniem Chelsea. Włączam nożyce cenzury... I zapodaję jedynie podsumowanie całej akcji: "Po randce z Chelsea trasa była dla mnie wypełniona. Ameryka jest wielka..."

Pig Champion stawia

            Następnego dnia są w Madison. Tu, dla odmiany, wchodzą do studia. Opłaconego przez Bovine Records. Ponoć niegdyś należącego do ekipy z Killdozera. Nagrywają trzy piosenki. Dwie przeróbki - The Dicks "Young Boys' Feet (I'm Greedy)" i The Rude Kids "Raggare Is A Bunch Of Motherfuckers". Oraz norweską piosenkę "I morgen skal eg daue, eg er en gammel man", czyli "Jutro umrę, jestem już stary". Ukażą się one na "Ass Cobrze". Happy-Tom zapamiętuje zabawny szczegół: "Producent miał w uchu aparat słuchowy"...
            Następnie grają w Madison koncert. Z Ed Hall i Sixteen Deluxe. Happy-Tom gra jedyne na trasie solo perkusyjne. Bo - jak powiedział Nietzsche - "dlaczego paw miałby chować swe pióra"? Hank wywołuje mały skandal. Na koncercie jest bowiem sam Steve Albini. I Hank podbiega do niego, zaczyna go ściskać i woła: - Steve Albini!!! Black Flag to moja ulubiona kapela!!! Black Flag!!! Łał!!! - "Albini okazuje się dobrze wychowany i nie obraża się" - zauważa Happy-Tom.
            Teraz przez Oklahomę jadą do Salt Lake City. Jest nieznośny upał. 40 stopni. "Wszyscy tutaj wyglądają jak Chris Isaak, nawet kobiety". Wreszcie docierają do swojego ulubionego stanu - Oregon. Do Eugene. Po drodze, w Portland, zabierają na pokład Pig Championa. Bo ten otwiera ich koncert w Eugene swoim występem akustycznym. Po czym śpiewa z nimi kilka piosenek. Na koncercie grają też The Detonators, których wokalista "ma na brzuchu napisane flamastrem >TURBONEGRO TO BOGOWIE<!".
            Śpią u Malcolma - szefa Fatal Erection. I - jak się okazuje - zapijaczonego nacjonalisty quebekańskiego [czyli optującego za odłączeniem francuskiego Quebecu od Kanady - Ł.]. "Miał zorganizować koncerty w Seattle i Portland, ale nie był w stanie. Daje nam kasę. 300 dolarów. Czuje się winny, że jest tak beznadziejnym organizatorem. I on i my udajemy, że te pieniądze to pożyczka".
Tymczasem Pig Champion też dostaje tego dnia 300 dolców. To honorarium za wykorzystanie jego utworu przez Pantherę w filmie "Kruk". I zaprasza Norwegów do drogiej restauracji. "Jemy, pijemy i palimy cygara" - opowiada Happy-Tom - "dyskutując o Celin'ie, Schopenhauerze, Wilhelmie Reichu, "1900" Bertolucciego i Hanoi Rocks. Światowi mężczyźni, nieustraszeni intelektualiści u kresu dnia". Później, już w domu, odgrywają sceny z "1900" Bertolucciego. Wczuwają się we Włochów, we właską historię. "Cóż za dramat! Cóż za patos!" - unosi się Happy-Tom. Wszystko psuje Malcolm, który wpada nagle do pokoju, "w czarnym berecie, powiewając francuską flagą i krzycząc: VIVE LA FRANCE, SUKINSYNY! Oczy mu pulsują, jakby nie było jutra".

Śmierdzące paluchy i poplamione dżinsy

            W tym samym Eugene zostawiają po sobie ślad dyskograficzny. Splita z norweskim Flying Crap. Rzecz się nazywa "Stinky Fingers". I nawiązuje do słynnej płyty Stonesów - "Sticky Fingers".
            Oryginał - "Sticky Fingers" - to tyle, co "Lepkie paluchy". W wersji Turbomurzyńskiej zamienia się to-to w "Śmierdzące paluchy".
            Mało tego. Stonesowska okładka ukazuje zbliżenie okolic rozporka najwyraźniej należącego do faceta w spodniach. Z tyłu okładki straszy nas ten sam jegomość - ale już w samych gaciach. Co z tym fantem zrobili Norwegowie? To proste. Z przodu ten sam rozporek - tyle że rozpięty. A z tyłu... Hmmm... Zza pasa wystaje końcówka naprężonego męskiego narządu, a na spodniach błyszczą krople spermy...
Turbony grają na "Stinky Fingers" kilka kawałków, które znajdą się później na "Ass Cobra". Ich kolegom z Flying Crap towarzyszy natomiast Slayer-Hippy z Poison Idea, z którym wykonują m.in. "Search & Destroy" Stoogesów. Czyli wszyscy w domu.
            Rzecz wydaje Fatal Erection. Miejscowa firemka znana choćby z upubliczniania wczesnych wytworów Poison Idea.
            Turbole grają na tej płytce wiekopomny "Midnight NAMBLA"... Przypomnijmy sobie, że ich amerykańska trasa nazywa się "Namblin' in the 90's"... Tak oto do obiegu wchodzi skrót "NAMBLA", czyli: North American Man Boy Love Association! Północnoamerykańskie Stowarzyszenie Miłości Mężczyzny do Chłopca!

Policjant też homo

            Po Oregon przychodzi czas na Kalifornię. Na pierwszy ogień - boskie San Francisco. Stolica wszechświatowego pedalstwa. Turbole są u siebie... "Wszyscy tu wyglądają tak, jak my. Nawet policjanci to chłopolubni mężczyźni, mówiący >whoopsie-daisy!", gdy tak sobie lambadują w dół Haight Street z kwiatami wetkniętymi w lufy pistoletów".
            Norwegowie grają tu z Plainfield. Wokalista tego zespołu - Smelly Mustafa (niegdyś kolumnista Maximumrockandrolla) - też jest pedziem. I ma wąsy. "Świat jest mały!" - zauważa Happy-Tom. I natychmiast cytuje wąsiurską filozofię Mustafy: "Nie noś ich, jeśli naprawdę tego nie czujesz".
            Mieszkają na wzgórzu, w wielkiej posiadłości Smelly'ego. Ten ich zabiera na wycieczkę do siedziby Alternative Tentacles. Królestwa Jello Biafry. Happy-Tom kręci nosem. "Jello miał zwyczaj pisania do każdej, nawet najmniejszej kapeli punkowej na świecie, by wydębić od niej darmowe płyty" - pisze. - "W 1983 r. wysłałem mu singla Akutt Inleggelse. Napisałem, że chciałbym w zamian singla Condemned To Death. Przez 7 czy 8 lat się nie odezwał. Wreszcie napisał list z prośbą o singla Turbonegro. Ja znowuż mu wysłałem płytkę i po raz kolejny zażądałem tamtego singla CTD plus składaka kapel z San Francisco. Tym razem przynajmniej odpisał, twierdząc, że nie może odnaleźć tych płyt. Jak można narzekać na ponadnarodowe korporacje, a jednocześnie wsadzać łapy do kieszeni nastolatków w poszukiwaniu drobnych?".
            Happy-Tom dodaje przy tym, że stara kapela Smelly Mustafy - "Legion Of Doom" - "przynajmniej łamała swoje płyty przed wsadzeniem ich do koperty i wysłaniem do Jello".

To straszne Los Angeles...

            Smelly organizuje obu kapelom koncerty w San Francisco, Fresno i Los Angeles. "Wszystkie są wspaniałe!" - cieszy się Happy-Tom. Zwłaszcza ten w SF. Gdzie grają w starym teatrze, który "okazuje się być tą samą salą, którą pastor Jim Jones używał na potrzeby swojego Ludowego Kościoła, zanim na czele swych wyznawców wyjechał umrzeć do Gujany". Potem Fresno. I wreszcie Los Angeles. Miasto aniołów. A dla Turboli - miasto skandalu.
            Grają w samym Hollywood. W klubie Hell's Gates. Czyli w Bramach Piekła. Nazwa jest adekwatna: - Mogliby równie dobrze usunąć z nazwy słowo "bramy" - zauważa Happy-Tom w wywiadzie dla Flipside'a.
            Koncert organizuje niejaki Larry. - Dżentelmen o niejasnych intencjach! - opowiada Happy-Tom. - Z wieloma ciemnymi sekretami, o karmie wielkości Auschwitz... Wydawało mu się, że może sobie pozwolić na wszystko.
A to dlatego, że Turbole mu się spodobali... I to przed koncertem - jako mężczyźni. Happy-Tom: - Larry ocierał się o Hanka i Rune, próbował namówić ich na zapasy itd., zapytując w cienki sposób czy podoba nam się coś, co nazywał "walką na miecze". Już sobie wyobrażam co miał na myśli!
- Pomyśleliśmy sobie, że to jakiś stary, brudny, miejscowy glam-rockowy pedał, któremu udało się jakoś wejść do klubu - kontynuuje szef Turboli. - Sądzę, że jego mały hollywoodzki członek musiał mu stanąć na widok naszych wąsów... W każdym razie jego uczucia nie zostały odwzajemnione. Nie mógł znieść porażki. Więc pod koniec koncertu uciekł z naszymi pieniędzmi. Zwykły, podły złodziej, rabuś dziecęcych cukierków. Richowi, menadżerowi trasy, to się nie spodobało, więc zrobiło się ostro.
            - To tacy ludzie, jak on zabili grunge! - dodaje rozbawiony Hank.
Tymczasem na koncercie mnóstwo ludzi. Smelly Mustafa szaleje. Podczas swojego występu wpada w amok, rozwala żarówkę. "Nienawidzi Los Angeles. Rozumiem to" - pisze wściekły Happy-Tom. - "To tak, jakby talent nie liczył się w tym mieście. Być może obóz koncentracyjny to dobry pomysł. Ostateczne Rozwiązanie reklamowane jako oddzielenie się... Santa Treblinka, ciężka praca ("aerobik i jeżdżenie na rolkach") i ostatni prysznic w promieniach zachodzącego słońca Zachodniego Stylu Życia, wszystko za rozsądną cenę"... Cała ekipa śpi w apartamencie siostry Richa, tuż obok plaży w Santa Monica. "Kąpiemy się we wspaniałym Pacyfiku...". Koniec trasy.

Rozwalić łeb hippisce

            Turbomurzyny jadą następnie do Francji. Na festiwal St. Amant. Gdzie zagrają u boku Lintona Kwesi Johnsona.
            "Tysiące ludzi. Scenę chronią Hell's Angels. Podobieństwa z Altamont 1969 są uderzające". Norwegowie nie przebierają w środkach. Hank "obraża Francuzów, mówiąc gównianym francuskim, głównie o homoseksualiźmie, jakoby wyraźnie widocznym w dziejach kultury francuskiej. JESTEM NOWYM JACQUES'IEM BRELEM! - mówi, pocierając się ręką po kroczu. Ale gównianym punkom najwyraźniej się podoba". Po każdym kawałku na scenę lecą "setki puszek, butelek, a nawet butów. Niektóre trafiają, niektóre nie".
W końcu - trafiony-zatopiony... Pełna butelka piwa trafia Bingo w żebra. Pechowiec pada nieprzytomny na kilka minut. "Na scenie pojawiają się lekarze. Zachowujemy spokój. Palimy papierosy, a potem zaczynamy odrzucać butelki. Widzę małą hippiskę, która wciąż rzuca w nas butelkami...". Happy-Tom podchodzi niemal na krawędź sceny i rzuca na wpół wypełnioną butelką w hippiskę. "Trafiam wprost w czoło jakiegoś naćpanego, francuskiego narkomana. Gość pada. Krew leci mu z czoła".
            I wtedy rozpętuje się piekło. Prawdziwe bombardowanie. "Hell's Angels opuszczają scenę". Happy-Tom: "To był ryk tysiąc-głowego demona. Spojrzeliśmy w Otchłań, a Otchłań spojrzała na nas. To była najwspanialsza chwila w moim życiu, chwila prawdy, i czułem się nieśmiertelny".

Samotnik wcielony w gromadę

            Sprowokować tłum. Spojrzeć wgłąb Otchłani. Oto prawdziwy pęd-ku-śmierci!
            Zresztą - nie trzeba daleko szukać. Już wkrótce Turbole nagrają utwór pod znamiennym tytułem "Selfdestructo Bust" - "Autodestrukcyjna jazda": "Muszę się wyrwać / Mój czas przeminie / Spędzę go w pyle / Tak, to prawda / Mam autodestrukcyjną jazdę".
            To wciąż są echa Iggy'ego Popa. Jego publicznych samookaleczeń. Nurkowania w sam środek nieprzyjaznego tłumu. A jeszcze gdzieś dalej, w tle, w przeszłości, czuwa nad tym duch nadczłowieka. I jego kodyfikatora - Fryderyka Nietzschego.
            Iggy Pop to - w obrębie popkultury - prototyp szalonego, dzikiego samotnika. Prącego naprzód, ku zatraceniu, bez względu na koszty. Samotnika, który wyrzucił za burtę balast życia uspołecznionego. Iggy to pierwowzór rockowego nihilisty.
            "Jestem ulicznym oszustem z kapeluszem wypełnionym napalmem" - śpiewa Iggy w wielkim "Search And Destroy" ("Szukaj i niszcz"). - "Jestem zbiegłym dzieckiem atomowej bomby / Jestem zapomnianym chłopcem tego świata / Jestem tym, który szuka i niszczy / ... / Ktoś musi uratować moją duszę! / Kochanie, wybuchnij dla mnie! / ... / Miłość w samym środku ognia i walki...". I zaraz potem atakuje balladą "Gimme Danger" - "Daj mi zagrożenie". A wszystko to na płycie "Raw Power" - "Surowa siła"... (Te utwory są zresztą również czysto muzycznym wzorcem dla Turbonegro - zwłaszcza w ostatnim okresie ich twórczości).
            Niemal dosłownie te same wątki przytaczają pod koniec lat 70-tych młodzi dzicy z Black Flag. Czyli kolejni muzyczno-tekstowi idole Turbonegro. Oto piosenka "Crazy" - Szalony"... I jej pierwszy wers: "Lada chwila będę miał kolejne załamanie". I wers ostatni: "Chcę tylko umrzeć!". I potem skoczny "Gimme, Gimme, Gimme" ("Daj mi, daj mi, daj mi"): "Siedzę tu, jak naładowany pistolet / Czekam aż wystrzelę / Nie mam nic do roboty / Tylko odstrzelić sobie usta // Więc daj mi, daj mi, daj mi / Daj mi jeszcze więcej / Daj mi, daj mi, daj mi / I nie pytaj po co"...
            To paradoks, że samotnicza postawa Iggy'ego rychło stała się postawą gromadną, stadną. Ale może taki już los ery ruchów masowych - ta sama postawa wpierw wciela się w pojedynczego człowieka, ale już następnym razem w grupę. W tym wypadku w PUNK.
            Czyż jednak nie przewidział tego Nietzsche? "Baczcie i czuwajcie, samotnicy!" - pisał. - "Z tajemnym skrzydeł łopotem ciągną wiewy przyszłości; czujnym uszom dobra zwiastuje się nowina. Samotnicy dnia dzisiejszego, wy, odosobniający się, ludem wy kiedyś będziecie: z was, którzyście się sami wybrali, powstanie lud wybrany: - a z niego nadczłowiek".
            Było i tak, że po II Wojnie Światowej grupa amerykańskich pilotów bombowców nie mogła się pogodzić ze stanem nudnego pokoju. Nie mogli fruwać, zrzucać bomb, siać destrukcji. A tym bardziej - uspołecznić się. Więc przesiedli się na motory. I zaczęli z kolei siać przerażenie na drogach. Tak - wedle legendy - powstali Hell's Angels.
            Turbonegro podąża dokładnie tym samym szlakiem.

Za mało Slayera, za dużo rock'n'rolla!

            Kolejne dwa single przygotowują świat na nadejście "Ass Cobry".
Wpierw split z Anal Babes - przez których szeregi przewinął się niegdyś Happy-Tom. Czyli sami swoi. Kapele wymieniają się kawałkami. Na jednej stronie Turbomurzyn gra "Flabby Sagging Flesh" Analów. Na drugiej Anale masakrują "It's Deathtime" Turboli. Wydaje to-to w 300 egzemplarzach Big Ball Records gitarzysty Analów, Davida Gurrika. Na purpurowym winylu. Okładkę zdobi zdjęcie wykonane na rodzinnej imprezy Runego - widzimy jak jego ojciec, Aslar Grønn, znany muzyk jazzowy, gra na saksofonie. (Singla wznowiły w '97 niemieckie Incognito Records).
            A zaraz potem ukazuje się na singlu słynny hymn "I Got Erection". Nakładem Hit Me! Records. Z okładką-pastiszem - jak to zwykle bywa u Turbonegro. Tym razem nawiązują do "Abbey Road" Beatlesów (czyli po prostu dwóch Turboli przechodzi przez jezdnię na pasach). Na stronie B można sobie posłuchać przeróbki "Jeg Vil Bli Som Jesus" norweskiej kapeli Kjøtt - "norweskich herosów punka i nowej fali z początku lat 80-tych". To wykonanie jest o tyle dziwne, że piosenkę tym razem śpiewa znany już nam amerykański awangardzista, Eugene Chadbourne - w dodatku w oryginale, czyli po norwesku.
            Rok 1995 był więc pracowity. Nie wszyscy to wytrzymują. Kapelę postanawia opuścić Bingo. Dlaczego? "Bo nie odpowiada mu kierunek, w jakim zmierza muzyka zespołu" - tłumaczą na stronie internetowej Turbonegro. - Za mało Slayera, za dużo rock'n'rolla - zżyma się sam Bingo.
            Z kolei Pål jest zmęczony graniem. Chce podróżować. I również odchodzi. Happy-Tom ma kłopoty zdrowotne... W tej sytuacji Turbonegro zawiesza działalność.

Ohyda i chory humor

            Ale nie na długo. Rok 1996 znów należy do nich.
            Tyle że Murzyni powracają odmienieni. Zreformowani. A nawet odmłodzeni.
            Happy-Tom przeskakuje na gitarę basową. Czyli wraca na swoją starą, pierwotną pozycję. Nowym perkusistą jest Anders Hornslien - a więc Andre Grandeur - do niedawna członek Angst. Natomiast pierwszą gitarę obejmuje człowiek-objawienie, młody bóg, Apollin z Oslo - 21-letni Knut Schreiner, czyli słynny, "kultowy" Euroboy.
            Euroboya już poznaliśmy - przez kilka lat grał wraz z Happy-Tomem w The Vikings. Miał też własne zespoły. Wpierw - na początku lat 90-tych - nagrał dwie płyty z garażowymi Kwyet Kings. Potem, wraz ze swoim kolegą z tychże Kwyet Kings - Kåre Pedersenem - założył w 1993 r. Kåre & The Cavemen. Czyli "rock'n'roll, surf and exotika" w jednym. W 1996 r. Cavemeni podpisali kontrakt z Virgin i zmienili nazwę na The Euroboys. Ta kapela funkcjonuje równolegle z Turbonegro (i istnieje do dzisiaj). Tak więc Euroboy działa na dwa fronty...
            Wracamy jednak do Turbomurzyna. Który to Turbomurzyn wita nowy rok 1996 w nowym składzie.
            Ale - paradoks - w tym samym czasie (maj '96) wychodzi niesamowita "Ass Cobra". Będąca de facto składanką singli z poprzedniego roku. Oraz kilku piosenek zarejestrowanych w 1994 i 1995 r. przez Chrisa Calmeyera i trzech kawałków "przywiezionych" przez Turboli z sesji w USA.
            Tak więc nowy skład promuje starą płytę.
            "Ass Cobra" to DRUGI FILAR PUNKA ŚMIERCI.
            O starym składzie przypominają wydrukowane na płycie ksywy: Hank Von Helvete, Bingo, Pal Pot, Rune Rebellion, Happy Tom...
            Nowy jest zresztą nie tylko skład, ale także wydawca płyty. To Anthony X. Martin. Do niedawna pracownik niemieckiej wytwórni Glitterhouse. Od pewnego czasu mieszkaniec Hamburga, gdzie w dzielnicy St. Pauli prowadzi europejskie biuro dystrybucji wytworów Amphetamine Reptile. Turbole poznali go jeszcze pod koniec 1995 r. I gdy jechali przez Hamburg do Bremy, wręczyli mu kasetę ze swoją twórczością. Martin oniemiał. Natychmiast założył własną firmę - Boomba Records. I postanowił, że jego pierwszym samodzielnym wydawnictwem będzie nowy album Turbonegro. Czyli "Ass Cobra"...
            "W czasach emocore'a i czułostkowego shitpunka Turbonegro prezentują unikatową, odświeżającą eksplozję ohydy sprzymierzonej z pokręconym poczuciem humoru" - tak Martin zachwala swoich nowych podopiecznych w reklamówce Boomba Rec.

Wskocz na pizzę do Pampariusa

            Lato 1996. Z podróży do Tajlandii wraca Pål. Na jednym z przedmieść Oslo zakłada pizzerię. Nazywa ją Pamparius. Niedługo później znów dołącza do kapeli - tym razem jako klawiszowiec i... "tancerz". Dzięki temu "miał więcej okazji, żeby się upijać na koncertach" - komentują jego wybór autorzy strony internetowej Turbonegro.
            Przybiera zresztą adekwatną do sytuacji ksywę: Pål Pot Pamparius.
            We wrześniu tego roku Turbole jadą znowu w trasę. Tym razem po Europie. Osiem koncertów w Niemczech i po jednym w Holandii (Groeningen), Danii (Kopenhaga) i Czechach (Praga). Druga część trasy przypada na grudzień '96 / styczeń '97. Straszą w Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Francji i Danii. Razem 14 koncertów.
            Te dwie trasy ustalają kanon scenicznych zachowań Turbonegro. Podstawowe elementy? Proszę bardzo: "Obfity dżins, umieszczanie sobie w tyłku zapalonej świecy przez Hanka, marynarski kapelusik Happy-Toma, zwinna i gwałtowna choreografia gitarowa Euroboya oraz Hankowe próby zwracania się do publiczności w jej własnym, łamanym języku".
            Turbomania ogarnia Europę.
            Nowy skład zaznacza swoją obecność singlem "Prince Of The Rodeo" z końca 1996. Oprócz utworu tytułowego (w innej wersji, niż później na "Apocalypse Dudes"), jest tu piosenka "Toodlepip Fuck" - porównywana do późno-Stoogesowskiego "I Got My Cock In My Pocket". Płytkę zdobi zdjęcie norweskiego następcy tronu - ks. Haakona Magnusa - w towarzystwie Happy-Toma. Całość wychodzi nakładem Hit Me! Records.

Pachołki Levisa

            Nastaje 1997 rok. Wiosna. Kolejna zmiana w zespole. Dotychczasowego pałkera - Andersa - zastępuje Christer Engen. Czyli Chris Summers. Uprzednio w ansamblu Big Bang. Prywatnie syn wielkiego bonza w jednym z największych koncernów wydawniczych. - Gdy Chris się rodził, byłem właśnie na koncercie Roxy Music w Goteborgu - zwierzył się kiedyś ów tato-bonzo Happy-Tomowi. (Dzięki takim koneksjom, Chris poznał wiele gwiazd rocka. Np. jako sześciolatek zawędrował po koncercie do garderoby Boba Marleya, by się z nim przywitać...)
            Należy również odnotować pewną przemianę estetyczną. Oto Hankowi urosły włosy. I teraz - już kudłaty - zapuszcza sobie brodę, maluje twarz jak Alice Cooper, na głowę wkłada cylinder... Wkracza więc w ostatni - najwłaściwszy - etap swojego image'u. Najbardziej znany. Najbardziej szalony. Z sadłem wylewającym się zza rozpiętej dżinsowej katany... A czasem nawet kudłami spiętymi w dwie kitki, niczym Pippi Langstrum...
            Charakterystyczna laseczka z gałką to jego magiczna różdżka. Szarada się domyka. Sztukmistrz Hank demonstruje nam magiczne przedstawienie pełne piekielnego ognia. To już pełna teatralność, pełna umowność.
            Gdzieś tak w tym właśnie czasie podpisują kontrakt z dżinsową mega-korporacją Levi's. Happy-Tom: - Zadzwoniliśmy do nich i powiedzieliśmy: "Słuchajcie, mamy dość kupowania waszych ciuchów. Zacznijcie nas porządnie sponsorować, bo inaczej będziemy musieli zadzwonić do Wranglera".
            Levi's idzie na ten układ. - Dają nam dżinsowe ciuchy i wszystko, czego potrzebujemy - mówi Happy-Tom. - A do tego ogromną górę pieniędzy.
            Naturalnych rozmiarów kartonowe wizerunki Turboli zdobią sklepy Levisa w całym kraju...
            Tymczasem ukazuje się singiel "Sufragette City". A na nim - cóż za niespodzianka! - popowa przeróbka piosenki Davida Bowie - jeszcze z czasów Ziggy'ego Stardusta. Z drugiej zaś strony tajemniczy "Kærlighetens Børn". Czyli "monolog Happy-Toma imitującego mongoloidalne dziecko jakichś duńskich hippisów". Rzecz wydają Duńczycy z Bad Afro Records. Okładkę zdobi kanoniczny wizerunek Che Guevary - tym razem pomalowanego niczym Alice Cooper. A więc czarno-białego. Na przyjemnym, niebieskim tle.
Zresztą - jak twierdzi gość z Moshable - pierwotnie to właśnie Alice Cooper miał być bohaterem tej płytki. A konkretnie - jego piosenka "School's Out". Jeszcze konkretniej - przeróbka tegoż utworu w wykonaniu niejakiego Jamesa Lasta (znacie? no to poznajcie!), na którą Turbole mieli nałożyć gitary i wokal! Niestety jednak "jakoś to nie wyszło" i mamy w zamian Bowiego...

Turbokibole

            Teraz każdy chce mieć Turbomurzyna po swojej stronie.
            Któregoś razu w Hamburgu, w garderobie zespołu zjawia się wódz kiboli St. Pauli. W pełnej gali - z własnymi gorylami, odziany w barwy klubowe... - Złożyli nam propozycję, że tak powiem, nie do odrzucenia. W formie wielu kosztownych podarunków - wspomina Happy-Tom.
            Co dał w zamian Turbomurzyn? Niemieckojęzyczną wersję "I Got Erection". Której tekst koncentruje się wokół St. Pauli. Hank tym razem śpiewa: "Kiedy widzę, jak powiewa flaga klubu / Mam erekcję // Kiedy ... na krwistoczerwonym stadionie łoimy HSV / Mam erekcję"... I tak dalej. Specjalnie na składankę hymnów na cześć St. Pauli...
            St. Pauli to - rzecz jasna - ów znany z lewackich kiboli klub piłkarski z Hamburga. (Dzielnica St. Pauli znana jest m.in. z dużej ilości burdeli - to takie szemrane, dekadenckie slamsy Hamburga). Wspomniany w tekście HSV to ich lokalni arcyrywale - Hamburger SV.
            Wkrótce potem do Turbojugend przystępują także kibole Schalke 04 z Gelsenkirchen.
            Happy-Tom: - Piłka nożna i rock'n'roll są w Europie nierozdzielne. Goście ze Slade byli np. początkowo piłkarskimi chuliganami.
            Więcej. Mimo, że Turbole odżegnują się od kibicowania, "jest dużo piłki nożnej w Turbonegro", jak informuje nas Happy-Tom. Po czym natychmiast dodaje: - Podczas wielu naszych tras po Europie używaliśmy kawałka "Three Lions" The Lightning Seeds jako naszego koncertowego intro. To była oficjalna piosenka reprezentacji Anglii podczas ostatnich Mistrzostw Europy... [w 1996 r. - Ł.] Ludzie płaczą, gdy ją słyszą, i to nie tylko w Anglii... Stają się bardzo emocjonalni: "Ta piosenka jest nie tylko o piłce nożnej, ale również o Turbonegro!". Istnieje jakieś psychiczne powiązanie... Okazuje się bowiem, że wszyscy kibole Manchester United nosili w sezonie 1972/73 makijaże a la Alice Cooper.
            Niezłe, prawda? Ale to nie wszystko.
            - Ostatnio ktoś pokazał nam jakiś szwedzki magazyn - opowiada Happy-Tom - w którym kilku piłkarzy z reprezentacji Szwecji mówi, że jesteśmy ich ulubionym zespołem!

Wykończyć Jello Biafrę!

Lipiec. Turbomurzyny szturmują Stany Zjednoczone. Trasa tym razem nazywa się "Summer of Head" - "Lato głowy"...? No cóż... "head" to w slangu tyle, co nasza - hmmm... - "laska", w sensie "robić komuś laskę"...
            Annały odnotowują zwłaszcza udany koncert w pedalskim klubie w Austin (Texas). Oraz bojkot kapeli ogłoszony przez lewaków w San Francisco. Powód? Bo to "faszyści, rasiści, homofoby"... - Sprzedaliśmy w cholerę więcej naszych koszulek grając dla czarnych stoczniowców w Norfolk, w Virginii, niż w Berkeley - komentuje zirytowany Happy-Tom.
            W tym okresie grają też m.in. na festiwalu PopKomm w Kolonii. Są sławni. Publika reaguje na nich amokancko. To właśnie podczas ich występu ludzie niszczą kamerę telewizyjną. I bodaj właśnie wtedy pojawia się wśród publiczności Jello Biafra - którego znają już ze Stanów (jest ich wielkim fanem). Widzą go i pokazują całej publiczności. Mówiąc: "Oto Cesarz Kuglarzy!". W ten sposób Biafra staje się najgłośniejszą ofiarą ich sławnej Kampanii Przeciwko Pierdolonemu Kuglarstwu. Happy-Tom: - Nieźle go to zirytowało, bo my już wcześniej wtajemniczyliśmy go w nasze poglądy antykuglarskie, he, he, he!
            Jesień. Znów wizyta w studio. Nowy skład = nowy styl. "Staje się jasne, że w międzyczasie wstąpili na terytorium punka połowy lat 70-tych" - piszą o nich w internecie. - "I grają w duchu protopunkowych pionierów, jak The Dictators, The Ramones, czy późni Iggy & The Stooges, tudzież śladowych ilości glamu a la New York Dolls". Autorzy strony zaznaczają również, że Turbole rozpoczynali swoje koncerty lekko zmodyfikowaną przeróbką kawałka Grand Funk Railroad (to też migoczące lata 70-te)...
            To wszystko zostaje teraz ugotowane w kuchni studia Endless Sound. Pod czujnym okiem mistrza Påla Klaastada...
            No i wreszcie - jest! Nowa płyta! Oto głośne "Apocalypse Dudes" - najsłynniejszy krążek Turbonegro. TRZECI FILAR PUNKA ŚMIERCI. - To prawdopodobnie najważniejsza płyta, jaka się kiedykolwiek ukazała w Europie - pieje zachwycony Jello Biafra. Jest marzec 1998. "Apocalypse Dudes" są drugim wydawnictwem firmy Boomba Records...

Wspierali ich Żydzi?!

            W kwietniu jadą na jeden, jedyny koncert do USA - w znanym już sobie Austin (Texas). Pod hasłem "South By Southwest". - Przed wyjazdem niemiecki oddział Levisa przysłał nam ni stąd, ni zowąd czek na 15 tysięcy marek - mówi Happy-Tom. - Z krótką notką: "Bawcie się". Taaak, to było 5 dni naprawdę porządnej ZABAWY!
            Tyle że bez Hanka. "Bo odmówił wyjazdu". To pierwsze z jego załamań. Jego miejsce zajmuje Kåre Joao, perkusista Euroboys i roadie Turboli. - Wykonał kawał dobrej roboty - chwali go Happy-Tom. - Znał niektóre teksty, więc zagraliśmy siedem piosenek. Sądzę, że koncert wypadł całkiem nieźle. Ludzie nazwali go Hankiem Juniorem!
            Turbole idą za ciosem. Kwiecień/maj - kolejna trasa po Europie. "Darkness Forever!" - "Ciemność po wsze czasy!". Olbrzymi sukces. 24 koncerty, m.in. w Niemczech, Danii i Szwajcarii. Przy okazji zahaczają o wielkie festiwale - duński Roskilde i niemiecki Bizzarre.
            Tyle że znowuż zaczyna się od małego zgrzytu... Hank wciąż niedysponowany. Więc na pierwszy koncert trasy - do Sztokholmu - ściągają swojego pierwszego wokalistę, Påla Erika. - Była niezła awantura o ten koncert - opowiada Happy-Tom. - Bo kiedy poprzednim razem graliśmy w tym klubie, pojawiła się banda jakichś pieprzonych skinheadów, którzy pobili kilka osób, łącznie z cholernym właścicielem. Słyszeliśmy nawet plotki, że po koncercie kogoś zabili. Więc nie chciano nas widzieć w tym klubie.
            I wtedy donośnym głosem przemawia korporacyjny szmalec. - Ludzie z Levi-Straussa zaproponowali klubowi dodatkowe pieniądze na wzmocnienie ochrony - kontynuuje Happy-Tom. - Dzięki temu mogliśmy w ogóle zagrać. Ale zamiast pieprzonego makijażu a la Alice Cooper, Pål Erik namalował sobie na twarzy swastyki. Nie znał za dobrze tekstów, ale że był świetnym, soulowo-rhythm'n'bluesowym tancerzem, zaczął tańczyć i drzeć się do mikrofonu, jak James Brown. To było mocne! Media rozpętały histerię. Jakaś grupa niewdzięczników żądała nawet zwrotu kasy za bilety, he, he! Ludzie ze szwedzkiego oddziału Levisa również wpadli w furię: "Czy nie wiecie, że LEVI'S jest firmą żydowską?!", jakby to miało cokolwiek wspólnego z czymkolwiek. A my na to: "COOO?!!! DLACZEGO NIE POWIEDZIELIŚCIE NAM O TYM DWA LATA TEMU?!!!", he, he. Wydawało nam się, że ten cały dżins został tak nazwany na cześć francuskiego filozofa Levi-Straussa, tego jebanego strukturalisty...
            Zupełnie, jak u Hitchcocka: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie...
Tymczasem do zespołu wraca Hank. I dalej już jeżdżą w normalnym składzie.
            Happy-Tom: - Wszystkie koncerty były wspaniałe. I wyprzedane. Może za wyjątkiem Londynu... To naprawdę maleńcy ludzie, niedożywieni, wielu nie miało nawet butów na nogach, wyglądali jak Oliver Twist, zwłaszcza dziewczyny...
            Turbonegro daje z siebie wszystko. - Ktoś się nawet zesrał w spodnie na scenie w Groningen - wspomina Happy-Tom. - Ale nie będę wymieniał nazwisk. Nasz kierowca trafił do szpitala. Na tydzień. Z uszkodzoną nerką. Na naszych koncertach było wiele kalek. Z niejasnych przyczyn...
No i wszędzie stada chętnych panienek. - W sam raz dla Euroboya - zauważa Happy-Tom. - Bo on naprawdę staje się irytujący i nieznośny po jednej-dwóch nocach bez cipki.
Turbomurzyny wpadają zresztą w oko nie tylko panienkom. Także redaktorom magazynów rockowych. Np. Rock Harda - pisma-molocha. Happy-Tom opowiada jak to naczelny Rock Harda zobaczył ich na jednym z festiwali, u boku Slayera. Zwołał natychmiast kolegium redakcyjne... "Płacę wam, leniwe cioły, żebyście mi mówili co w trawie piszczy!" - wydzierał się do swoich dziennikarzy. - "Ale NIKT MI NIE POWIEDZIAŁ O TURBONEGRO!!! Powinienem was ZWOLNIĆ!!!"
            Sierpień 1998. Ukazuje się ostatni krążek zespołu wydany za jego życia. Picture-disc "Get It On".
            Dwie piosenki znane z "Apocalypse Dudes" - tytułowa oraz "Don't Say Motherfucker, Motherfucker". Prawdziwym bohaterem są jednak obrazki. A na nich Euroboy i Rune trzymający olbrzymiego, sztucznego członka w formie wielkiej cukinii. Był to istotny element Wojny Przeciwko Picture-Diskom. - Chodziło o wydanie najohydniejszego, najbardziej bezsensownego, najsłabszego picture-disku w historii - mówi Happy-Tom. - I najwyraźniej nam się to udało.

Ulewa zmyje śmieci

            Pedalstwo i nazizm. Tak najkrócej można streścić strategię teatralną Turbonegro.
            To - oczywiście - szokuje. Ale co właściwie szokuje? Nazistowskie rekwizyty? Czy zestawienie ich z homoseksualizmem? Ale czyż od męskiej przyjaźni erotycznej droga daleka do nazistowskiego kultu męskiej witalności? A sadomasochistyczne, pedalskie ujarzmianie partnera? Czyż od tego z kolei droga daleka do ujarzmiania narodu? Trzymania podwładnych pod groźbą wysmagania pejczem? Wystarczy tylko zmienić sferę oddziaływań - przejść od relacji między osobami do relacji między grupami, albo - jeszcze lepiej - relacji między osobami a grupami.
            Wiemy już, że to możliwe. Przepowiedział to przecież Nietzsche, a wcielili w czyn Hell's Angels, tudzież punkowcy po Iggym Popie...
            Zresztą u zarania nazizmu wątki homoseksualne były bardzo silne. Wystarczy przypomnieć dzieje SA. Podobno podczas Nocy Długich Noży siepacze Hitlera zastali całe kierownictwo SA w łóżkach z młodymi cherubinami...
            Echa tego klimatu słychać w paru głośnych filmach - dziwnym trafem nakręconych w latach 70-tych. Jednym z centralnych elementów "Zmierzchu Bogów" Viscontiego jest ogromna, epicka scena masakry SA-manów - z wątkiem pedalskim jako osią tego fresku (zresztą nazistowska dekadencja jest silnie obecna w tym filmie). Od zupełnie innej strony "podchodzą" nazizm twórcy wspaniałego "Kabaretu". Tu z kolei otrzymujemy portret berlińskiej ekadencji przełomu lat 20-tych i 30-tych. To w jej kontekście rodzi się nazizm. Ni stąd, ni zowąd, pojawiają się hitlerowscy bojówkarze. Wpełzają wszędzie jak robaki. By w końcu "opanować" tytułowy kabaret w pamiętnej, ostatniej scenie filmu.
            Ujarzmienie świata przez homoseksualnego nadczłowieka... Któregoś razu Turbonegro wystąpili w telewizji holenderskiej. Wywiad z nimi przeprowadzała jakaś "miejscowa, napalona, alternatywna kicia" - wspomina Happy-Tom - "która była najwyraźniej BARDZO dumna z faktu, że Amsterdam jest tak liberalnym miastem i zapytała o to Hanka. Hank zamilkł. Przez chwilę patrzył się w kamerę. A potem rozpoczął swój monolog rodem z Taksówkarza o tym, że któregoś dnia spadnie obfita ulewa i zmyje z ulic wszystkie śmieci".
            Z kolei niemiecka Viva zapytała Runego o to, co lubi najbardziej... "Euroboya i książki o niemieckiej historii" - padła odpowiedź.
            "1945. 1949. 1956. 1960. 1968. 1977. Berlin. Praga. Budapeszt. Hawana. Alexanderplatz. Byłem tam. Prowadziłem czołg w randze kaprala... Zrobiłem kilka zdjęć" - możemy przeczytać we wkładce do reedycji "Never Is Forever".
            Takich "mrugnięć" jest mnóstwo. Kto ma oczy, ten widzi. Kto ma uszy, ten słyszy.
            A przy tym Turbole głośno deklarują swoją lewicowość. - Biorąc jednak pod uwagę fakt, że młodzi lewicowcy pasjonują się teraz Chumbawambą, przesiadują w swoich getciarskich kawiarenkach, uprawiają swoje małe gierki słowne - zaznacza Happy-Tom - jesteśmy skazani na siebie, nie mamy sojuszników...
            I zauważa, że najlepszy slogan polityczny, jaki wymyślili to "Good Head" (Dobra Laska). - Być może moglibyśmy wystartować z nim w wyborach - mówi. - "Good Head NOW!", "Dobra Laska TERAZ!".

Dyskotekowe słońce świeci tak jasno

            Z jednej strony nazizm. A z drugiej - nawiązania homoseksualne.
To też domena lat 70-tych - wszak właśnie wówczas swój największy rozkwit przeżywał nieskrępowany, wyuzdany, czasem wręcz bojówkarski homoseksualizm. Złote lata skończyły się wraz z epidemią AIDS na początku lat 80-tych.
            Glam rock. Megatony brokatu i błyskotek. Buty na ogromnych koturnach. Absurdalnie wymalowane twarze. Zamazywanie granic pomiędzy płciami. Kult transwestytyzmu. Lou Reed, David Bowie... Totalna teatralność, totalna poza. I przywołanie starego, dobrego dandyzmu. Tacy są New York Dolls - w końcu bezpośredni poprzednicy eksplozji punkowej w Nowym Jorku. Tacy są The Tubes - ich odpowiednik z San Francisco. Ci ostatni słyną zresztą jako twórcy autentycznej, rock-operowej trupy objazdowej. Ich koncerty to mega-spektakle na miarę najśmielszych inscenizacji "Tommy'ego" The Who. Tyle że główną rolę gra w nich erotyka.
            Tubes twierdzili, że to żarty. Rodzaj rozrywki. Ale czy na pewno? "W niektórych ich piosenkach jest coś szczególnie brutalnego, niemal faszystowskiego" - pisze recenzent jednego z ich angielskich koncertów pod koniec lat 70-tych (artykuł ten znalazł się na kopercie koncertowej płyty The Tubes z tamtego okresu). - "Najbardziej eksponowane uniformy są wykonane z czarnej skóry. Publiczność się nie śmiała... To dziwny świat, w którym sadystyczne spętanie ["bondage" - Ł.] traktuje się jako rodzaj nieszkodliwej rozrywki. Należy się zastanowić nad granym przed dużą publicznością spektaklem, w którym prezentowana na scenie ekscytacja nie ma nic wspólnego z radością czy zabawą - bliżej jej raczej do przemocy i nienawiści".
            A przecież to właśnie The Tubes rozpropagowali sławnego hiciora "I Was A Punk Before You Were A Punk" - "To ja byłem punkiem, zanim ty zostałeś punkiem"!
            A co na to Happy-Tom? - Mamy więcej wspólnego z Leni Riefenstahl, niż The Tubes - odpowiada. Ufff... Czyli jednak więcej nazizmu, niż pedalstwa? Więcej powagi, niż teatralności...?
            A inne nawiązania? Wczesny Kiss - pomalowane na czarno-biało twarze, skórzane uniformy, maksymalna perwersja i czysty rock'n'roll... Alice Cooper - mistrz rockowego, kiczowatego horroru - sceniczny pierwowzór ostatniego image'u Hanka Von Helvete (czarne kudły, cylinder, makijaż... ktoś się dopatrzył w tym wizerunku również wpływu Charlesa Mansona)... No i wczesny, brytyjski punk rock - Sid Vicious ze swoimi ukochanymi swastykami, takaż Siouxsie z najwcześniejszego okresu, odziana niczym sadomasochistyczna, nazistowska laleczka, z obnażonym biustem i opaską ze swastyką...
            A przecież we wczesnym punku sadomasochizm wręcz dominował! Vivienne Westwood - wspólniczka Malcolma McLarena i trochę, moim zdaniem, niedoceniana współtwórczyni nowego kultu - wykreowała PUNK jako zjawisko odzieżowe. Nawiązywała przy tym właśnie do stylistyki sado-maso... A niejeden z pierwszych punkowych klubów był eks-lokalem gejowskim, bądź sadomasochistycznym (więc dla obserwatora z zewnątrz niewiele się zmieniało...).
Gejostwo dominowało zresztą wówczas w masowej wyobraźni. Cały triumfujący wtedy ruch disco miał silne zabarwienie homoseksualne. W Turbonegro też to słychać: "Dzień jest czarny, a noc biała / Dyskotekowe słońce świeci tak jasno" ("Denim Demon") - śpiewają. No właśnie: dyskotekowa, migocząca lampa, niczym słońce... Nocne życie, skoncentrowane w klubach... To przecież właśnie wtedy Iggy Pop nagrywa z Davidem Bowie słynnego hiciora "Nightclubbing" - o życiu spędzanym w nocnych klubach...!
            A słynni The Village People? Grupa śpiewających homoseksualistów, każdy przebrany za innego popkulturowego bohatera - policjanta, indianina, kowboja... Te przebieranki także wywodzą się bezpośrednio z pedalskiego undergroundu... Tak, jak postać marynarza. Zajrzyjcie kiedyś do albumów Tomka z Finlandii! Najsłynniejszego gejowskiego rysownika!
            Swój udział w zamieszaniu mają też - jak zwykle - Rolling Stonesi. Popatrzcie na ich teledysk "It's Only Rock'N'Roll, But I Like It" z 1974 r. Stonesi przebrani za marynarzy, z czarnymi obwódkami wokół oczu, toną w pianie mydlanej i łoją prosty kawałek o umiłowaniu rock'n'rolla...! Jakież to turbonegroidalne!
            - Rock'n'roll powinien być manifestacją magii, blichtru i siły - nie pozostawia wątpliwości Happy-Tom.

A wszystko przez mazgajstwo

            Rok 1998. Jakże obfitujący w wydarzenia. Turbole żyją jak na wojnie. Ale - póki co - nie poddają się.
            - Było wiele gwałtownych i na wpół gwałtownych incydentów wewnątrz zespołu - opowiada Happy-Tom - ale wszystkie kończą się zazwyczaj po kilku minutach wzajemnym przytulaniem się. I płaczem. Bo my dużo płaczemy... Nie mamy nic wspólnego z żadnymi twardzielskimi, rockowymi klimatami. Jesteśmy MĘŻCZYZNAMI, a nie zakompleksionymi nastolatkami!
W końcu nie pomogły nawet prawdziwie męskie łzy.
Druga część trasy "Darkness Forever!" przypada na listopad. Kolejne 16 występów (Niemcy, Hiszpania, Francja, Belgia...). W towarzystwie Nashville Pussy. Ale to już nie to. Hank coraz częściej bywa "mentalnie niedysponowany".
            W końcu Turbonegro składa broń. Ze Strasburga do Monachium jadą przez Włochy. Resztę już znamy: - Zespół rozpadł się na ostrym dyżurze kliniki psychiatrycznej w Mediolanie - komunikuje światu Happy-Tom...
            Mieli jeszcze zagrać pięć koncertów w Niemczech. Wszystkie odwołują. Kilka dni później Happy-Tom oficjalnie zawiadamia media o rozwiązaniu zespołu. Jeszcze tylko 18 grudnia, w Oslo, grają pożegnalny koncert. Z Backyard Babies. "Ostatnią piosenką kiedykolwiek wykonaną przez nich na scenie" - czytamy w internecie - "była >I Am In Love With The Destructive Girls<, którą zagrali jako ostatni bis. Tak więc >Yeah-Yeah! Yeah-Yeah!< to ostatnie słowa, jakie padły z ich strony"...
            - Hank to pierdolony mały MAZGAJ - stwierdził niedługo po rozpadzie zespołu Happy-Tom. I chwilę później dodał: - To zdrajca Deathpunka.
            Pamiątką po ostatniej trasie jest świetna płyta koncertowa "Darkness Forever! Between The Lines In Hamburg And Oslo". ("Ciemność na zawsze! Pomiędzy wierszami w Hamburgu i Oslo"). Jak łatwo się domyślić - składająca się z fragmentów koncertów w Hamburgu i Oslo. Ten w Oslo to unikat - wszak to właśnie ów sławetny "ostatni raz" z 18.12.98.!
            Ciekawostka. Członkowie zespołu są przedstawieni na okładce pełnymi imionami i nazwiskami. Żadnych ksywek, zero pseudonimów.
            Na płycie mamy podstawowy zestaw hitów Turboli z ostatnich dwóch płyt - z przewagą kawałków z "Apocalypse Dudes". Między piosenkami krótkie, acz przaśne gadki do publiczności. Słynne "Fi-te! Fi-te!", zapowiedź "rakiety z dupy" itp. A na deser długaśna, bodaj 10-minutowa wersja "I Got Erection" - ze śpiewanym w nieskończoność przez tłum facetów refrenem. Wkładka raczy nas dość standardowym zestawem fotek ze sceny i z zaplecza. Zwraca jednak uwagę autentyczny murzyn, sfotografowany gdzieś wśród publiczności. Czyżby sam TURBONEGER przybył obejrzeć swoją grupową inkarnację?!
            Natomiast autorem okładki jest znany "w klimatach" amerykański rysownik, Frank Kozik (centralny motyw okładki to oczywiście sztukmistrz z magiczną różdżką, widzimy też m.in. cyrkowego tygrysa i klauna - wszystko w stylistyce głębokich lat 70-tych). Całość wydał niemiecki Bitzcore - od 1999 r. oficjalny wydawca całego katalogu Turbonegro (dotychczasowy etatowy wydawca - Boomba Records - umarł śmiercią naturalną wkrótce po rozwiązaniu kapeli).
            Pośmiertnie ukazuje się również oficjalne wideo - "The Movie". A w nim fragmenty koncertów, teledyski, programy z udziałem zespołu, wywiady... I mnóstwo, mnóstwo luźnych obrazków z tras koncertowych i tyleż głupich gadek. Rzecz wydał, oczywiście, Bitzcore.

Poznać, by przezwyciężyć

            I tak oto bajka dobiega końca. "To, co dobre, nie może trwać wiecznie" - śpiewają Turbomurzyny w ostatniej piosence "Never Is Forever". Święte słowa.
            Rozpadają się we właściwym czasie. Są już bowiem o krok od pożarcia własnego ogona. A tak - szarada idealnie się domyka. WIELKA ZAGADKA nie przekształca się w wielką żenadę.
            Zagadka pozostaje jednak zagadką... Ja do dzisiaj nie wiem ilu z nich naprawdę jest homoseksualistami... I czy w ogóle którykolwiek z nich jest...?
            Zresztą sam koniec dziejów zespołu jest intrygujący. Pełen niedopowiedzeń. Turbomurzyny planowały ponoć kolejną płytę. Miało to być coś nowego. Jakiś nowy kierunek poszukiwań. - Ale to sekret. Ciemny sekret. Zagadka ukryta wewnątrz enigmy - mówił wówczas Happy-Tom.
            Nic z tego.
            Dziwnym trafem Turbole wypalają się dokładnie wtedy, kiedy wypala się moda na lata 70-te. Ich śmierć zbiega się ze zmierzchem ich dekady.
            Rodzi się pytanie: czy jest możliwy ich powrót? Myślę, że nawet jeśli technicznie dałoby się to zrobić, to artystycznie nie będzie to TO SAMO. Nie ten kontekst. Nie ta jazda na pełne błyskotek lata 70-te. Nie ta dekada...
            Ale kto wie? Może nowy kontekst będzie temu sprzyjał? Jak bowiem mówił Happy-Tom: - Lubimy gierki, zabawy słowne. Uwielbiamy bawić się strachem, instynktem, stylem i głupotą...
            Może na drodze stanie jeszcze coś innego? Np. "kryzys religijny", który miał być jakoby jednym z powodów rozwiązania zespołu... Faktycznie: na filmie "The Movie" widać, jak wchodzą do kościoła, rozglądają się, rozpełzają się, już, już wydaje się, że zaraz coś zmalują, a tu... nic! Cisza...! A nawet jeden z nich jakby się modlił...
            A my? Czy udało nam się choć trochę przybliżyć rozwiązanie WIELKIEJ ZAGADKI?
            Powiem szczerze - pewne aspekty działalności Turbonegro mnie szokują. A jednocześnie fascynują... Trochę, jak z tym Nietzschem, który za nimi stoi. Niby szokujący, a jednak wielki; niby wielki, a jednak szokujący.
            Zapewne rację mają w "Stańczyku", gdy piszą o Nietzschem, że "najpierw należy za nim podążyć, by potem móc go przezwyciężyć".
            Zupełnie, jak z Turbonegro...
           
Łukasz
(na podstawie materiałów z internetowego archiwum Turbonegro) 

           

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz